Powróżyłam sobie z wnętrzności …

Minęło już trochę czasu a ja wciąż myślę o bogini Sarze. O tej cudownej kobiecie, którą mogłabym być, którą chcę być, która stoi gdzieś na końcu drogi i lśni jak światełko w tunelu. Idę do niej. Długo patrzyłam na Sarę ale nie od razu dostrzegłam jej kształt, ten kształt, idealny dla mnie. Pewnego dnia po prostu nasze spojrzenia się spotkały i to był właśnie ten moment, jeden z tysiąca, kiedy człowiek czuje, że wszystkie puzzle pasują, kiedy nagle jest jasno i wszystko widać niezwykle wyraźnie, przedmioty i połączenia miedzy nimi oraz ich właściwe umeblowanie. Tak było gdy spojrzałam Sarze w oczy.

Gdy zostałam ze sobą, rozumiałam, że jesteśmy dwie ja i ona i że czasem się na siebie nakładamy czasem się zamieniamy a czasem nie musimy bo płyniemy w tym samym kierunku. Że potrafimy żyć blisko siebie, ze sobą nawet ale nie zwracamy na siebie uwagi. Tworzymy osobne światy, które ciągną się równolegle, w tym samym czasie ale w innych miejscach, na wyciągnięcie dłoni ale w odległych od siebie galaktykach. Zamieszkujemy tą samą przestrzeń ale inne wymiary. Jedna czuje a druga wygląda, jesteśmy różne ale nie przeszkadzamy sobie. Jesteśmy sobie potrzebne, bo jedna jest ciałem a druga ubraniem. Choć czasem ubranie nie dotyka ciała.

Niekiedy jednak po długim okresie niewidzenia, spotykamy się stęsknione i wszystko chcemy robić razem. Zmęczone samotnością pragniemy się sobą nasycić, nagadać, uzupełnić, poczuć się jak odnalezione połówki pomarańczy. Być jednością. Wiemy, że to nie jest na zawsze ale żadna z nas o tym nie myśli. Jest tylko tu i teraz i most miedzy naszymi spojrzeniami po którym nieustannie biegamy. Pełne porozumienie… czasami

Lecz najczęściej jesteśmy sobie obce, niezależne, sobie nawzajem nieznane, jedna drugiej nie ufa. Choć przecież powinno być inaczej, powinnyśmy do siebie należeć, spleść się tak mocno, by nie można nas ani rozdzielić ani odróżnić. Powinnyśmy…

Dotąd martwiła mnie ta osobność, ale na szczęście spotkałam Sarę …

„Sara leży i jest jeszcze jasna, a ja patrzę i wiem, że niczego nie kradnę. Bo piękno Sary nie należy do nikogo, jest niczyje i nawet Sara go nie posiada. Sara jest piękna pięknem innym niż piękno Marty, Marta jest twarda, a Sara krucha, i Sara nie posiada swego piękna. Posiadała je, kiedy pozostawało zakryte, a teraz odrzuciła chusty i galabije i pozwala słońcu się dotykać, pozwala skórze pocić się, różowić i złocić. Sara nie posiada piękna, bo nigdy nie uważała się za piękną, jej piękno jest na zewnątrz niej i nie przeszkadzają mu szwy i blizny. Sara jest obok siebie, jakby mówiła, to nie ja leżę nago, tylko jakaś inna, śmiała i świadoma swego piękna kobieta. Tak musi myśleć Sara, choć głośno nie mówi tych myśli i pozwala światu wierzyć w inną opowieść o sobie samej.”

„Wróżenie z wnętrzności”, Wit Szostak. Książka która przyprawia o drżenie serca

Reklamy

o pisaniu

Czasem się zastanawiam, czy noszę w sobie jakąś historię. Taką do podania na zewnątrz. Jeszcze nigdy nie odpowiedziałam sobie na to pytanie twierdząco ale przecząco też nie. Więc próbuję. Jeśli ją noszę, to pewnego dnia musi ze mnie wyjść. To jest naturalna kolej rzeczy. Wołam ją i głaszczę, proszę, czekam. Cierpliwie.  Jestem spokojna, nie krzyczę, nie mam żalu, że/ kiedy milczy. Czasami nawet nawiedza mnie to dziwne złudzenie, które pozwala mi myśleć, że ona do mnie szepcze. Na zaczepkę. Że mnie zwodzi. Słyszę jakieś dźwięki. Zdaje mi się, że rzuca jakieś  ziarno pod nogi, niby pierwsze na drodze, niby żebym musiała za nimi iść, że tak to się zaczyna. A to po prostu ktoś przede mną czyścił kieszenie i jakieś brudy mu się wysypały. Nie ma żadnego dalej. Jest śmietnik. I nie wiem czy mam w sobie historie czy tylko jej pragnę.

Czasem, kiedy decyduję się czekać, przysiadam cierpliwie wierząc, że może wyciągnie rękę a ja powoli zacznę ją wyciągać, że usiądę z tym mocnym uchwytem dłoni do stołu i pójdzie. I nie chodzi mi o to, że nagle moja historia będzie się afiszować na ulicach, że fajni ludzie będę mnie klepać po plecach. Raczej chodzi mi o to, że wraz z potokiem zdań wypłynie ze mnie jakaś ulga, jakiś nadmiar, że przestanę tak chaotycznie rzucać słowami, bo będę miała przestrzeń, żeby je poukładać zanim je pokażę. Że będę mogła je uporządkować, poukładać w jakieś pary albo grupy, zapoznać je ze sobą (może wtedy byłyby silniejsze, bardziej pewne siebie), że dadzą mi w końcu spokój. Poza tym możliwy byłby napływ powietrza, zrobiłoby się luźniej, nie trzeba by było tak ze wszystkim się przeciskać. Nic nie więdłoby w gardle a na powierzchnię wypływałyby słowa właściwe zamiast przypadkowych.

Wszystko to jednak zakłada jakiś cel. Że zrobię coś po coś i jak szlachetnie bym tego nie tłumaczyła, zdaje mi się, że gubię sens. Albo że oszukuję. I was i siebie. A chyba nie po to mam słowa. Bo mi nie chodzi o to, by snuć opowieść ale o to, by coś szeregować, opróżniać i zapełniać. Żeby lepić. Doskonalić. Szukać. Żyć. Tak to też jest jakiś cel ale takim samym celem jest dla mnie kolejny krok, kiedy wychodzę na spacer do parku tylko po to, żeby się przejść. Wszystko czego pragnę to poznawać. Przez słowa też.

Zatem może lepiej nie zamierzać, nie oczekiwać, nie próbować tylko zwyczajnie dać się ponieść zachciankom. Zupełnie tak jak wówczas gdy na zewnątrz zaświeci słońce a my zapragniemy wyjść. Bez celu.

uchodźca

Rozpaczliwie próbuję dotrzeć do swoich granic. Na wszystkie sposoby. Metodycznie, krok po kroku, według planu. Na wariata, znienacka, pod wpływem chwili. O świcie i po ciemku, kiedy wszystkie linie są rozmyte a straże uśpione, kiedy i mnie czujność zawodzi i kierunek. O tak, wtedy najchętniej wyruszam na poszukiwania.

Lecz ta ciemność niestety idzie pod rękę z niepewnością, bo gdy kroki stawiam, to nie wiem, po której stronie granicy odciskam ślady. Czy jestem już uchodźcą z własnej postaci? Czy już opuściłam siebie, czy niecierpliwie drepczę tuż przy linach wysokiego napięcia. Czy poczuję inny smak innego powietrza, inny kolor czerni, gdy opuszczę swą siedzibę i udam się na zwiady, czy jest może prościej i rozleję się bezmiarem wody na wszystkie strony, szczęśliwa i lekko zadziwiona, że nikt do mnie nie strzelał.

Kiedy stanę się kimś innym, kimś spoza, z zewnątrz, kimś, kto spenetrował oba światy i teraz może już je umiejętnie połączyć, zlepić spasować. Czy już to umiem? Jak mam to sprawdzić, kiedy dookoła ciemność? Jak wyjść poza? Jak się połączyć?

Zastygam więc w skupieniu, w zmęczeniu zasypiam, pozwalam rzeczom istnieć  a gdy się budzę, jest już jasno i przestrzeń wydaje mi się zupełnie obcym pejzażem, nie licuje z nocnymi wrażeniami. Jest statyczna jak obraz na płótnie, rozciąga się po horyzont i wydaje się cała moja. Jest harmonią kolorów i dźwięków, rozpościera się do miejsc mi nieznanych a jednocześnie zamknięta jest w swym bezruchu. Kiedy próbuje ją przemierzyć mam wrażenie, że napędzam stopami kulę ziemska, która się kręci ale ja stoję w miejscu. Utykam, zastygam, nieruchomieję w czasie choć mogę rozpostrzeć szeroko ramiona albo zakrzyczeć. Choć mogę zaśmiać się i zapłakać, ale po pewnym czasie nie pragnę już ani  śmiać się ani płakać. Pragnę niewiadomego, ciemności, która daje złudzenie odkrywania albo jest samym odkrywaniem, podróżą w nieznane. Która jest szukaniem.

Pragnę ruchu, trzęsienia ziemi, bo może to też jest sposób, żeby wypaść ze swych ról w sposób przypadkowy i niekontrolowany, chcę być odrzucona gdzieś daleko i zacząć od nowa żyć, na nieznanej ziemi. Pragnę wąchać liście z wszystkich stron w poszukiwaniu zwierząt, które przeszły i pójść za nimi; pragnę szukać i znaleźć szczelinę, przez którą ucieknę, wykradnę się sobie i może już nigdy nie oddam się do obrotu.

Więc znów schodzę do podziemi. I szukam. Ale mnie nie szukajcie.

wszystko jest relatywne

Miałam w swoim życiu wątek z butami. W bardzo krótkich odstępach czasu natykałam się w najróżniejszych miejscach na buty. Pary, pojedyncze, trampki, kalosze, kapcie. Były takie, które ewidentnie ktoś wyrzucił, były takie, które wyglądały jakby komuś wypadły i takie, które wyglądały jak pies zostawiony na chwilę przed sklepem. Miało się wrażenie, że ktoś zdjął je zaledwie przed kilkoma minutami. Mam skłonność do fantazji i skojarzeń. Często jej ulegam i nie uważam, żeby to było coś groźnego. Naturalnie więc zaczęłam odbierać te buty jako znaki i postanowiłam wydeptać sobie z nich jakąś wróżbę. O to naprawdę nietrudno, szczególnie w takich wypadkach. Ma się wtedy wrażenie, że świat składa się z kilku wymiarów a ja, jako jedna z nielicznych, mam do nich dostęp. Poczułam, że ktoś do mnie mówi i nie ukrywam przyjemna to była rozmowa. Wyczytałam z tych butów jak z fusów od kawy, że jestem w drodze, a po stopniu zużycia i ich różnorodności wywnioskowałam, że ta droga nie jest gładkim asfaltem, że bardziej jest jak przygoda, pozbawiona monotonii podróż po nierównym terenie. Są biegi, błoto i leniwe klapanie laczków. Wszystkiego po trochu. Uśmiechnęłam się wtedy do siebie, bo pomyślałam, że tak lubię; być w drodze, szukać, gubić się znajdować, zmieniać teren. Nic oryginalnego, nic wielkiego, żadne wow. Ale perspektywa fajna. Wciąż nie znajdować.
Pewnie głupie to moje wymyślanie i kolorowanie przestrzeni między podobnymi do siebie chwilami i próba złożenia z nich korali. Ale to taka niewinna zabawa, której czasem pozwalam się wymknąć z rąk i mną zawładnąć. Jest mi wtedy trochę łatwiej, bo czuję się jakby mi ktoś posypał okruszków w lesie a ja zdążyłam je odnaleźć przed ptakami. Jestem szczęściarą, myślę sobie wtedy. I tak się czuję. Jestem wybrana. Ta, która więcej widzi i inaczej czuje, ta która może wiedzieć więcej.
Oczywiście, że to głupie złudzenie. Ale to ja zdecyduję, co z nim zrobię.
Potem te buty gdzieś zniknęły. Utknęłam, można pomyśleć. I oczywiście jeśli zechcę, pomyślę, że pewnie tak jest i przekonam wszystkich do takiego postrzegania spraw. Ale jeśli zechcę, powiem, że nic z tego, bo teraz idę boso, żeby czuć jeszcze lepiej. Mogę wymyślić, co tylko mi się zamarzy. I mogę w to uwierzyć. W ten sposób mogłabym skompletować całą szkatułkę pięknej biżuterii. Czyż nie byłabym wówczas bogata?
Wszystko jest relatywne.
Dziś rano, jadąc do pracy, znów ujrzałam buty. Parę butów, związanych sznurówkami i zawieszonych na drutach elektrycznych. Sama nie wiem, jak je dostrzegłam, nie myślałam o tym wtedy, ale oczywiście podjęłam dawną podróż i zabawę w robienie biżuterii. Teraz będę latać, pomyślałam.
I jeszcze: wszystko zależy ode mnie …

podróż

https://annawoloch.wordpress.com/2017/03/25/597/fot. Anna Wołoch

Jestem w podróży. Błąkam się gdzieś otulona myślami jak szalami, które przy większym podmuchu porywa wiatr. Żadnego nie udaje mi się złapać. Ale to nie szkodzi w sumie, bo już, znowu, coś miękkiego jedwabistego głaska mnie po twarzy. Więc po tamtych nawet żal nie zostaje, choć piękne się prezentowały i niewątpliwie byłyby mi ozdobą. Nie ma jednak czasu na kontemplowanie strat, kiedy przede mną feeria kolorów się rozpościera. A wszystkie mgliste jakby, niewyraźne trochę, choć właśnie w tym niedopowiedzeniu tkwi ich siła. Bo te zdania niepełne są zaproszeniem do zbliżenia się, do dotknięcia konturu, do dopełnienia zachwytu. Obietnicą padnięcia na kolana i krótkiego bezdechu, którym pół życia można się karmić. Różnorodność kolorów na pokuszenie wiedzie jednak i zanim uda mi się jeden nazwać i myślą dotknąć  swoją, niespodziewanie przed oczyma przebiega mi kolejny, w odmiennej tonacji i wrażenie zostawia, którego sposób zignorować. Więc skręcam.

Las duży i ścieżek mnogo, zakrętów, rozdroży i miejsc nieudeptanych jeszcze, gdzie przy drobnym wysiłku i niewielkim uszczerbku na ciele pierwsza stopę postawić mogę. Tyle mnie kusi, jakże więc za jednym szalem gonić. Tym bardziej, że nie posiadanie go mnie nęci ale dotyk, kształt, wyobrażenie o sobie, jak biegam nim otulona, jak oglądasz się za mną, taką nadspodziewanie piękną. Mną a inną jakąś, bo te szale to do siebie mają, że blask nieokreślony z nich bije. Więc z potrzeby nieposiadania i wrażeń w podróży jestem, otulona myślami jak szalami, które przy większym podmuchu porywa wiatr …