podróż

https://annawoloch.wordpress.com/2017/03/25/597/fot. Anna Wołoch

Jestem w podróży. Błąkam się gdzieś otulona myślami jak szalami, które przy większym podmuchu porywa wiatr. Żadnego nie udaje mi się złapać. Ale to nie szkodzi w sumie, bo już, znowu, coś miękkiego jedwabistego głaska mnie po twarzy. Więc po tamtych nawet żal nie zostaje, choć piękne się prezentowały i niewątpliwie byłyby mi ozdobą. Nie ma jednak czasu na kontemplowanie strat, kiedy przede mną feeria kolorów się rozpościera. A wszystkie mgliste jakby, niewyraźne trochę, choć właśnie w tym niedopowiedzeniu tkwi ich siła. Bo te zdania niepełne są zaproszeniem do zbliżenia się, do dotknięcia konturu, do dopełnienia zachwytu. Obietnicą padnięcia na kolana i krótkiego bezdechu, którym pół życia można się karmić. Różnorodność kolorów na pokuszenie wiedzie jednak i zanim uda mi się jeden nazwać i myślą dotknąć  swoją, niespodziewanie przed oczyma przebiega mi kolejny, w odmiennej tonacji i wrażenie zostawia, którego sposób zignorować. Więc skręcam.

Las duży i ścieżek mnogo, zakrętów, rozdroży i miejsc nieudeptanych jeszcze, gdzie przy drobnym wysiłku i niewielkim uszczerbku na ciele pierwsza stopę postawić mogę. Tyle mnie kusi, jakże więc za jednym szalem gonić. Tym bardziej, że nie posiadanie go mnie nęci ale dotyk, kształt, wyobrażenie o sobie, jak biegam nim otulona, jak oglądasz się za mną, taką nadspodziewanie piękną. Mną a inną jakąś, bo te szale to do siebie mają, że blask nieokreślony z nich bije. Więc z potrzeby nieposiadania i wrażeń w podróży jestem, otulona myślami jak szalami, które przy większym podmuchu porywa wiatr …

między nami

Są rzeczy we wszechświecie niezbudowane z liter choć na literach zawieszone. Rozpostarte niczym pranie między zdaniami, delikatnie powiewające z wiatrem; a potem, gdy ktoś je ściągnie, zastanawiasz się, czy tam jeszcze wczoraj coś wisiało, czy to było złudzenie. Wisiało, ale w szumie wiatru tylko, między promieniem słońca a wydechem, między spojrzeniem a myślą, między być może a to niemożliwe, między zdawało mi się a widziałam wyraźnie. Jak płochliwe rzadkie zwierzę, na które najpierw czaisz się z aparatem a potem, gdy je ujrzysz tak bardzo przeżywasz spotkanie , że sparaliżowany nie drgniesz nawet, by aparat przyłożyć do oka. Wydaje Ci się, że starczy jak patrzysz, bo przecież nasiąkasz chwilą do ostatniej nitki.

A potem nikt Ci nie uwierzy, Ty sam sobie przestaniesz w końcu wierzyć, bo przecież pranie już nie wisi i nawet zapach nie został.

Ale potem pewnego dnia ujrzysz na ulicy dziewczynę w dziwnie znajomej sukience i wróci spotkanie, i nić zawieszona między zdaniami. I być może znajdziesz odwagę, żeby podać jej klamerkę a ona wespnie się na palce i zamocuje pierwszą rzecz na sznurze …

jak powietrza potrzebuję …

Zatęsknij za mną, przecież milczę. A nawet, gdy mówiłam to słowami, których nie znałeś.

Nie dałam ich oswoić, zniknęłam a ty mnie nie szukałeś.

Zatęsknij za mną. Za przestrzenią schowaną w kieszeniach, za emocją zaciśniętą w dłoniach.

Nie pokazałam ci jej. Chciałam żeby należała do mnie, nie do nas.

Zatęsknij za mną. Bo nie wpisuję się w ramki, wśród których się obracasz.

Mam swoje drogi, swoje miejsca, swoje twarze, do których wracam.

Zatęsknij za mną, bo przecież żadnej mnie nie znasz a człowiek tęskni za tym co nieznane.

Nie pokażę się, nie dam się dotknąć ale będę mogła spokojnie żyć dalej …

ułamek cudzego życia

Niekiedy, przez jeden mały ułamek sekundy, który jest nierzeczywiście wyraźny, określony, zamknięty jak pudełko z niespodzianką, który przychodzi chyba po mrugnięciu okiem, nagle okazuję się nie sobą i w obcym miejscu na dokładkę. Jakbym się obudziła z niezwykle długiego snu a poza mną czas upłynął nieubłaganie i jak rzeka zmieniał kształt koryta. To jest coś porównywalnego do powrotu do swojego miasta po długiej podróży, kiedy ostrzej dostrzegasz kontury, które wcześniej, na co dzień ci się rozmywały, kiedy w najdrobniejszych szczegółach dostrzegasz zmiany, kiedy patrzysz na stare oczami, które zobaczyły już coś innego, coś więcej, coś dalej i ich chłonność absolutnie wzrosła a przetwarzanie obrazów stało się z goła innym, dłuższym i bardziej skomplikowanym procesem.

To jest ten ułamek sekundy, który mnie przeraża ponieważ nie wiem skąd się wziął, z jakiego innego życia (czyjego?) z jakiego innego czasu. Ponieważ nie wiem, kim jestem a czuję, że to nie do końca ja, jakbym miała za sobą inne doświadczenia a przed sobą inną przyszłość, choć gdy spoglądam na dłonie, to bez trudu je rozpoznaję.

I to także ten ułamek sekundy, który tuż przed zgaśnięciem przynosi mi jakąś radość z możliwości bycia gdzie indziej kimś innym i daje mi nadzieję, że jest jakaś alternatywa, w której można się schronić .

czwarty listek koniczyny

gdzieś w pewności, że wytyczam swoje nowe granice okazało się, że skrzętnie obwarowuję i umacniam stare. z tą tylko różnicą, że robię to z pewnym spokojem.  świat nie mieni mi się teraz tysiącem barw, ale za to ma mnogość faktur i ja się chętnie w te materiały zawijam, bardzo szczelnie nawet i kontempluję ciemność w samotności.

tą przestrzeń trzeba oswoić na nowo, nawet jeśli okazuje się, że to tylko zmiana tapet i lekkie przemeblowanie. ale w obecnych okolicznościach odbieram je jak przeprowadzkę do nowego świata, gdzie nie koniecznie zaczynam od nowa i nie odkrywam, że odczuwam głębiej. po prostu mam okazję, to z niej skorzystam. teraz jest dobry moment na łapanie okazji. z tych starych rzeczy nawet bez odświeżania można zbudować nowy świat. wystarczy tylko dostrzec nowe połączenia

i czuję się jak znawca łąk, któremu ktoś zmienił teren pod stopami, biegam rozradowana, choć tutaj zamiast czterolistnych koniczynek są kaczeńce. Co za różnica tak w sumie … no bo właśnie … nie chodzi chyba o to, co można znaleźć ale co z tym da się zrobić, a mnie ucieszy tak samo bukiet polnych kwiatów jak obietnica szczęścia z czwartego listka koniczyny. może nawet bardziej …