budowanie przestrzeni

Tęsknię czasem za słowami tak jak człowiek znużony tęskni za łóżkiem, najpierw swoim, swoim zapachem pościeli, wygniecioną poduszką, wgłębieniem w materacu. Z czasem, gdy zmęczenie przybiera na sile, wystarczy po prostu łóżko, dobrze by było, gdyby było świeże, czyste, w miarę wygodne. Potem wystarcza kąt, w którym można się zwinąć w kłębek. Kiedy czegoś pragnę, umiem dostosować się do okoliczności.

A teraz pragnę słów i nie, żebym ich nie znajdowała w jakimś pięknym wydaniu, dostojnych, z klasą, paradujących dumnie w równych linijkach, niby prosto a z polotem. Wręcz przeciwnie, i gdy w zdumieniu oglądam to przedstawienie, zazdrość mnie bierze, bo też chciałabym być jego częścią. Ale teraz pragnę słów, swoich, na moją miarę, sukni balowej w pojedynczym egzemplarzu i obmyślam z czego by tu ją uszyć. Niby nie bieda w okolicy a jednak też nie dostatek. Niby materii dużo a jakoś nic się nie składa a suknia coraz bardziej potrzebna, może nie tyle na bal ale, żeby go choć sobie wyobrazić, żeby poczuć, że jest na świecie coś mojego i dla mnie i podług moich oczekiwań zrobione. Te słowa są jak własny kąt, w którym czuję się bezpiecznie, bo mogę być sobą i niby wszyscy patrzą a nikt nie wie, że to ja albo raczej nikt nie wie, kim jestem.

Chciałabym pisać, najpierw codziennie po trochu, żeby wyszukać rytm, żeby palce oswoiły się z igłą, żeby przyzwyczaiły do szycia. Żaby ścieg mi się wyrównał. A potem zobaczymy.

Mam potrzebę budowania przestrzeni, dla siebie w dużej mierze, bo bez dekoracji ale zgodnie z moim gustem i moim poczuciem estetyki. Czegoś praktycznego. Bardziej kryjówki niż sceny. I dziwię się teraz sobie sama, bo przecież to pisanie, które ma być ucieczką, schronieniem we własnych światach na scenie właśnie powstaje albo jego efekty na scenie są prezentowane. A jednak nie widzę w tym dysonansu, ani sprzeczności, bo wiem, że wszystkie słowa-przedmioty są tylko symbolami i w zasadzie każdy odczyta je inaczej. Wiem że mój dom, mój pokój, moja suknia mogą przypaść komuś do gustu ze względu na koronkę czy wykończenie rękawa albo guzik na plecach – czasem taki guzik na plecach potrafi zrobić całą robotę. Z tych samych powodów mogą zostać odrzucone. I wiem też, że wchodząc w mój świat nie wchodzicie w moje buty, wchodzicie do mojego pokoju w swoich butach i patrzycie na niego swoimi oczyma. I widzicie coś zupełnie innego niż ja. Może nawet wcale mnie nie widzicie. Takiego obrotu spraw pragnę najbardziej.

Więc ja się tej sceny nie boję, bo nie chce wam mówić, patrzcie oto ja, tylko zapraszam do mnie, mam miękki wygodny fotel, możemy porozmawiać, bo tęsknię za słowami.

Reklamy

o pisaniu

Czasem się zastanawiam, czy noszę w sobie jakąś historię. Taką do podania na zewnątrz. Jeszcze nigdy nie odpowiedziałam sobie na to pytanie twierdząco ale przecząco też nie. Więc próbuję. Jeśli ją noszę, to pewnego dnia musi ze mnie wyjść. To jest naturalna kolej rzeczy. Wołam ją i głaszczę, proszę, czekam. Cierpliwie.  Jestem spokojna, nie krzyczę, nie mam żalu, że/ kiedy milczy. Czasami nawet nawiedza mnie to dziwne złudzenie, które pozwala mi myśleć, że ona do mnie szepcze. Na zaczepkę. Że mnie zwodzi. Słyszę jakieś dźwięki. Zdaje mi się, że rzuca jakieś  ziarno pod nogi, niby pierwsze na drodze, niby żebym musiała za nimi iść, że tak to się zaczyna. A to po prostu ktoś przede mną czyścił kieszenie i jakieś brudy mu się wysypały. Nie ma żadnego dalej. Jest śmietnik. I nie wiem czy mam w sobie historie czy tylko jej pragnę.

Czasem, kiedy decyduję się czekać, przysiadam cierpliwie wierząc, że może wyciągnie rękę a ja powoli zacznę ją wyciągać, że usiądę z tym mocnym uchwytem dłoni do stołu i pójdzie. I nie chodzi mi o to, że nagle moja historia będzie się afiszować na ulicach, że fajni ludzie będę mnie klepać po plecach. Raczej chodzi mi o to, że wraz z potokiem zdań wypłynie ze mnie jakaś ulga, jakiś nadmiar, że przestanę tak chaotycznie rzucać słowami, bo będę miała przestrzeń, żeby je poukładać zanim je pokażę. Że będę mogła je uporządkować, poukładać w jakieś pary albo grupy, zapoznać je ze sobą (może wtedy byłyby silniejsze, bardziej pewne siebie), że dadzą mi w końcu spokój. Poza tym możliwy byłby napływ powietrza, zrobiłoby się luźniej, nie trzeba by było tak ze wszystkim się przeciskać. Nic nie więdłoby w gardle a na powierzchnię wypływałyby słowa właściwe zamiast przypadkowych.

Wszystko to jednak zakłada jakiś cel. Że zrobię coś po coś i jak szlachetnie bym tego nie tłumaczyła, zdaje mi się, że gubię sens. Albo że oszukuję. I was i siebie. A chyba nie po to mam słowa. Bo mi nie chodzi o to, by snuć opowieść ale o to, by coś szeregować, opróżniać i zapełniać. Żeby lepić. Doskonalić. Szukać. Żyć. Tak to też jest jakiś cel ale takim samym celem jest dla mnie kolejny krok, kiedy wychodzę na spacer do parku tylko po to, żeby się przejść. Wszystko czego pragnę to poznawać. Przez słowa też.

Zatem może lepiej nie zamierzać, nie oczekiwać, nie próbować tylko zwyczajnie dać się ponieść zachciankom. Zupełnie tak jak wówczas gdy na zewnątrz zaświeci słońce a my zapragniemy wyjść. Bez celu.

uchodźca

Rozpaczliwie próbuję dotrzeć do swoich granic. Na wszystkie sposoby. Metodycznie, krok po kroku, według planu. Na wariata, znienacka, pod wpływem chwili. O świcie i po ciemku, kiedy wszystkie linie są rozmyte a straże uśpione, kiedy i mnie czujność zawodzi i kierunek. O tak, wtedy najchętniej wyruszam na poszukiwania.

Lecz ta ciemność niestety idzie pod rękę z niepewnością, bo gdy kroki stawiam, to nie wiem, po której stronie granicy odciskam ślady. Czy jestem już uchodźcą z własnej postaci? Czy już opuściłam siebie, czy niecierpliwie drepczę tuż przy linach wysokiego napięcia. Czy poczuję inny smak innego powietrza, inny kolor czerni, gdy opuszczę swą siedzibę i udam się na zwiady, czy jest może prościej i rozleję się bezmiarem wody na wszystkie strony, szczęśliwa i lekko zadziwiona, że nikt do mnie nie strzelał.

Kiedy stanę się kimś innym, kimś spoza, z zewnątrz, kimś, kto spenetrował oba światy i teraz może już je umiejętnie połączyć, zlepić spasować. Czy już to umiem? Jak mam to sprawdzić, kiedy dookoła ciemność? Jak wyjść poza? Jak się połączyć?

Zastygam więc w skupieniu, w zmęczeniu zasypiam, pozwalam rzeczom istnieć  a gdy się budzę, jest już jasno i przestrzeń wydaje mi się zupełnie obcym pejzażem, nie licuje z nocnymi wrażeniami. Jest statyczna jak obraz na płótnie, rozciąga się po horyzont i wydaje się cała moja. Jest harmonią kolorów i dźwięków, rozpościera się do miejsc mi nieznanych a jednocześnie zamknięta jest w swym bezruchu. Kiedy próbuje ją przemierzyć mam wrażenie, że napędzam stopami kulę ziemska, która się kręci ale ja stoję w miejscu. Utykam, zastygam, nieruchomieję w czasie choć mogę rozpostrzeć szeroko ramiona albo zakrzyczeć. Choć mogę zaśmiać się i zapłakać, ale po pewnym czasie nie pragnę już ani  śmiać się ani płakać. Pragnę niewiadomego, ciemności, która daje złudzenie odkrywania albo jest samym odkrywaniem, podróżą w nieznane. Która jest szukaniem.

Pragnę ruchu, trzęsienia ziemi, bo może to też jest sposób, żeby wypaść ze swych ról w sposób przypadkowy i niekontrolowany, chcę być odrzucona gdzieś daleko i zacząć od nowa żyć, na nieznanej ziemi. Pragnę wąchać liście z wszystkich stron w poszukiwaniu zwierząt, które przeszły i pójść za nimi; pragnę szukać i znaleźć szczelinę, przez którą ucieknę, wykradnę się sobie i może już nigdy nie oddam się do obrotu.

Więc znów schodzę do podziemi. I szukam. Ale mnie nie szukajcie.

wszystko jest relatywne

Miałam w swoim życiu wątek z butami. W bardzo krótkich odstępach czasu natykałam się w najróżniejszych miejscach na buty. Pary, pojedyncze, trampki, kalosze, kapcie. Były takie, które ewidentnie ktoś wyrzucił, były takie, które wyglądały jakby komuś wypadły i takie, które wyglądały jak pies zostawiony na chwilę przed sklepem. Miało się wrażenie, że ktoś zdjął je zaledwie przed kilkoma minutami. Mam skłonność do fantazji i skojarzeń. Często jej ulegam i nie uważam, żeby to było coś groźnego. Naturalnie więc zaczęłam odbierać te buty jako znaki i postanowiłam wydeptać sobie z nich jakąś wróżbę. O to naprawdę nietrudno, szczególnie w takich wypadkach. Ma się wtedy wrażenie, że świat składa się z kilku wymiarów a ja, jako jedna z nielicznych, mam do nich dostęp. Poczułam, że ktoś do mnie mówi i nie ukrywam przyjemna to była rozmowa. Wyczytałam z tych butów jak z fusów od kawy, że jestem w drodze, a po stopniu zużycia i ich różnorodności wywnioskowałam, że ta droga nie jest gładkim asfaltem, że bardziej jest jak przygoda, pozbawiona monotonii podróż po nierównym terenie. Są biegi, błoto i leniwe klapanie laczków. Wszystkiego po trochu. Uśmiechnęłam się wtedy do siebie, bo pomyślałam, że tak lubię; być w drodze, szukać, gubić się znajdować, zmieniać teren. Nic oryginalnego, nic wielkiego, żadne wow. Ale perspektywa fajna. Wciąż nie znajdować.
Pewnie głupie to moje wymyślanie i kolorowanie przestrzeni między podobnymi do siebie chwilami i próba złożenia z nich korali. Ale to taka niewinna zabawa, której czasem pozwalam się wymknąć z rąk i mną zawładnąć. Jest mi wtedy trochę łatwiej, bo czuję się jakby mi ktoś posypał okruszków w lesie a ja zdążyłam je odnaleźć przed ptakami. Jestem szczęściarą, myślę sobie wtedy. I tak się czuję. Jestem wybrana. Ta, która więcej widzi i inaczej czuje, ta która może wiedzieć więcej.
Oczywiście, że to głupie złudzenie. Ale to ja zdecyduję, co z nim zrobię.
Potem te buty gdzieś zniknęły. Utknęłam, można pomyśleć. I oczywiście jeśli zechcę, pomyślę, że pewnie tak jest i przekonam wszystkich do takiego postrzegania spraw. Ale jeśli zechcę, powiem, że nic z tego, bo teraz idę boso, żeby czuć jeszcze lepiej. Mogę wymyślić, co tylko mi się zamarzy. I mogę w to uwierzyć. W ten sposób mogłabym skompletować całą szkatułkę pięknej biżuterii. Czyż nie byłabym wówczas bogata?
Wszystko jest relatywne.
Dziś rano, jadąc do pracy, znów ujrzałam buty. Parę butów, związanych sznurówkami i zawieszonych na drutach elektrycznych. Sama nie wiem, jak je dostrzegłam, nie myślałam o tym wtedy, ale oczywiście podjęłam dawną podróż i zabawę w robienie biżuterii. Teraz będę latać, pomyślałam.
I jeszcze: wszystko zależy ode mnie …

podróż

https://annawoloch.wordpress.com/2017/03/25/597/fot. Anna Wołoch

Jestem w podróży. Błąkam się gdzieś otulona myślami jak szalami, które przy większym podmuchu porywa wiatr. Żadnego nie udaje mi się złapać. Ale to nie szkodzi w sumie, bo już, znowu, coś miękkiego jedwabistego głaska mnie po twarzy. Więc po tamtych nawet żal nie zostaje, choć piękne się prezentowały i niewątpliwie byłyby mi ozdobą. Nie ma jednak czasu na kontemplowanie strat, kiedy przede mną feeria kolorów się rozpościera. A wszystkie mgliste jakby, niewyraźne trochę, choć właśnie w tym niedopowiedzeniu tkwi ich siła. Bo te zdania niepełne są zaproszeniem do zbliżenia się, do dotknięcia konturu, do dopełnienia zachwytu. Obietnicą padnięcia na kolana i krótkiego bezdechu, którym pół życia można się karmić. Różnorodność kolorów na pokuszenie wiedzie jednak i zanim uda mi się jeden nazwać i myślą dotknąć  swoją, niespodziewanie przed oczyma przebiega mi kolejny, w odmiennej tonacji i wrażenie zostawia, którego sposób zignorować. Więc skręcam.

Las duży i ścieżek mnogo, zakrętów, rozdroży i miejsc nieudeptanych jeszcze, gdzie przy drobnym wysiłku i niewielkim uszczerbku na ciele pierwsza stopę postawić mogę. Tyle mnie kusi, jakże więc za jednym szalem gonić. Tym bardziej, że nie posiadanie go mnie nęci ale dotyk, kształt, wyobrażenie o sobie, jak biegam nim otulona, jak oglądasz się za mną, taką nadspodziewanie piękną. Mną a inną jakąś, bo te szale to do siebie mają, że blask nieokreślony z nich bije. Więc z potrzeby nieposiadania i wrażeń w podróży jestem, otulona myślami jak szalami, które przy większym podmuchu porywa wiatr …