czwarty listek koniczyny

gdzieś w pewności, że wytyczam swoje nowe granice okazało się, że skrzętnie obwarowuję i umacniam stare. z tą tylko różnicą, że robię to z pewnym spokojem.  świat nie mieni mi się teraz tysiącem barw, ale za to ma mnogość faktur i ja się chętnie w te materiały zawijam, bardzo szczelnie nawet i kontempluję ciemność w samotności.

tą przestrzeń trzeba oswoić na nowo, nawet jeśli okazuje się, że to tylko zmiana tapet i lekkie przemeblowanie. ale w obecnych okolicznościach odbieram je jak przeprowadzkę do nowego świata, gdzie nie koniecznie zaczynam od nowa i nie odkrywam, że odczuwam głębiej. po prostu mam okazję, to z niej skorzystam. teraz jest dobry moment na łapanie okazji. z tych starych rzeczy nawet bez odświeżania można zbudować nowy świat. wystarczy tylko dostrzec nowe połączenia

i czuję się jak znawca łąk, któremu ktoś zmienił teren pod stopami, biegam rozradowana, choć tutaj zamiast czterolistnych koniczynek są kaczeńce. Co za różnica tak w sumie … no bo właśnie … nie chodzi chyba o to, co można znaleźć ale co z tym da się zrobić, a mnie ucieszy tak samo bukiet polnych kwiatów jak obietnica szczęścia z czwartego listka koniczyny. może nawet bardziej …

Reklamy

o książkach i o bieganiu

Zabarykadowałam się ostatnio. Staram się czasem otworzyć okno i pomachać białą chusteczką ale warkoczy na wszelki wypadek nie spuszczam, żeby się przypadkiem nikt po nich do mnie nie wdrapał. Czasem się trochę szczerzę w uśmiechu ale chyba słabo mi to idzie, bo wszyscy na mnie jakoś dziwnie patrzą. I mało kto kuma. Myślę, że ja tez mogłabym tego nie kumać, gdybym w tym nie siedziała.

Oddałam się książkom. I bieganiu. Po ponad dwóch trudnych latach w moim związku książka i ja, czuję się jak wyposzczona panna młoda, która w końcu znalazła swojego amanta i boi się, że on zaraz ucieknie. Wiec go zabawia na wszystkie sposoby, gotuje mu, pierze, teatrzyk robi, wszystko byle tylko chwilo trwaj! Wszystko płynie, a ja się boję , że ten zapał mi też kiedyś odpłynie i wolę się zawczasu nachapać.

Bieganie (moje) ma w sobie to, że jest droga i ja. To też trochę taki romans jak książka i ja. Mogę ułożyć sobie relację, kochaj albo rzuć a bieg to kochanek cierpliwy. I nie odpuszcza. Z książką jest o tyle łatwiej, że mogę nią rzucić, ale to nie taka książka mnie interesuje. Wolę taką, która nie odpuszcza … czasem się martwię, że zdziwaczeję, że będzie mi coraz trudniej się porozumieć, że będę niedzisiejsza, jeszcze trudniejsza do zniesienia, jeszcze bardziej aspołeczna. I wcale nie mam ochoty powiedzieć, że jestmitakbardzowszystkojedno …

Ale zarówno książki jak i bieganie otwierają we mnie jakieś szczególne okna. Nie żebym już wszystko widziała i wszystko przeżyła i że nic mnie nie zaskoczy. Ale bieganie sprawia, że coś się we mnie przefałdowuje i słowa jakby płyną do mnie innymi drogami, przez inne korytarze, przez co docierają jakby w nieco innym stanie. Inaczej na nie patrzę, jak na ludzi,  którzy zbyt wiele przeżyli, by o tym mówić ale prosty gest czy mina starczają, żeby zrozumieć. Jeszcze nie wiem, czy wszystko rozumiem, ale słyszę jak ktoś puka do drzwi … wcześniej było cicho i raczej to ja mówiłam do siebie …

Nie nie przechodzę duchowej przemiany, nie spotkałam światła ani Boga. Nie stała się jasność. To ja się staję. Trochę późno, ale lepiej późno niż wcale.

I tak, chwilo trwaj …

Alicja

178104.1Czasem moja przestrzeń wypełnia się rzędami liter. Gdzieś pomiędzy dowodami istnienia, pomiędzy punktami tyle co wyrysowanymi w przeszłości, jest tunel, do którego wpada Alicja. Już nie przerażona, już nie zaciekawiona, ale spokojna i szczęśliwa, jakby miała przed sobą ostatnie metry do domku babci a w koszyczku niosła pyszne wino i ciasto drożdżowe.

Wraca do domu po długiej nieobecności, maca swoje swetry z zeszłej zimy i sprawdza miękkość firan. Czy wszystko przyjmuje cię takim, jakim je zostawiłaś, czy miejsce na ciebie czeka, czy ty na siebie zaczekałaś?

Kładzie się na łóżku, które przyjęło tyle marzeń i sprawdza, czy jeszcze jej nie wystają nogi. I czy nie zapada się zbyt głęboko pod własnym ciężarem.

A wiec tak to jest wrócić …

I podróż nagle staje się nieważna, ta droga, którą przebyła, by na powrót zapukać do własnych drzwi. Ważne jest krzesło, fotel i kapcie, które nieskładnie leżały obok łóżka. Tak, znów będzie można. Tak, przekonała się, że jest tą, za którą się uważała. Tak, uśmiecha się spokojna.

Trochę brakuje jej oddechu, trochę nią wstrząsa szloch do środka, bo ta radość, którą odczuwa, na którą czekała, o którą się bała, że jej nie znajdzie, zamknęła ją w dłoniach. A ona tu zawsze była. Chciałaby wyjść ale nie ma siły, nogi są z waty, ręce bezwładne.

Czy to możliwe, że wróciłam? I że nic się nie stało. Że zawsze byłam, nawet gdy tak skrupulatnie chowałam się przed sobą.

Usłyszeć znów jak rzeczy do niej mówią, co szepczą między sobą. Zobaczyć drogi między milczeniem a wzrokiem, umeblować zagubienie, włożyć osobność jak płaszcz i cieszyć się słońcem albo deszczem. Wrócić do swoich, odzyskać klucz, który kiedyś zostawiła zbyt wysoko, albo uznała za zbędny, już nie pamięta. Ale teraz wie, które otwiera drzwi. I może spokojnie zaczekać.

VIII Majówka Artystycznej grupy Złota Linia w Goszczu

Co tu dożo mówić … było fantastycznie jak zawsze

IMG_0245

wyszłam bogatsza nie tylko o nowe wrażenia ale również o piękną ceramikę autorstwa Sagi Dany Tomaszewskiej:-)

IMG_0231

więcej zdjęć

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

i na zakończenie mój o wiele za długi tekst …

Tłoczna kolej myśli

Pociąg. Żelazny bieg międzyprzestrzenny. Kosmiczna droga między punktami. Bezczas i bezprzestrzeń. Wagonik międzygalaktyczny. Palec skaczący po zdjęciach.

W pociągu nie mam twarzy. W szybach odbijają się puste siedzenia i brudne firanki. W pociągu nie jestem. Jestem na peronie, i będę na peronie. Jestem w punktach nie w linii biegu. W podróży mam kształt okna i fotela, stolika i popielniczki z niedopałkiem. Jestem poza światem, tym tu. Jestem w przeszłości i w przyszłości. Na peronach. Rozciągnięta, rozprzestrzeniona. W stanie niebytu.

W pociągu nic nie muszę. Jestem historią innych ludzi. Wyciągam rękę po orzeszki od pani z naprzeciwka. Podczytuję czyjąś gazetę kawałkami, z kolażu składam dziwną treść. Jestem orzeszkiem, ręką, komunikatem i tokiem myślenia. Gdzieś pomiędzy. W znaku równości, w kresce ułamka. Na linii, w pasie granicznym, między papierkiem a cukierkiem, w nieżyciu najprawdziwszym. Od codzienności uwolniona. Jestem w czyimś zatrzymanym czasie, układam się w tło dla słów szeptanego dialogu, w spojrzenie podziwu i pogardy. W obojętności się zatrzymuję. Jestem elementem korytarza, który przemierzasz ale nie widzisz mnie, bo w tym czasie ty jesteś krokiem w innej przestrzeni.

Wysiadam. Wyłaniam się z nietrwania i ubieram w kształt. Najpierw odciska się twarz, potem ręce i reszta. Nowa przestrzeń narzuca mi formę. Nowe powietrze wchodzi w reakcję z moją skórą. Tworzę się od początku. Chcę zespolić dwa światy, między którymi mknęłam po szynach. Jestem podzielona, a myśli są niczym mosty linowe, mosty zwodzone,  lasso niedbale zarzucone na drugą stronę. Ale nie da się już zsunąć dwóch brzegów. Kontynent, który wydzielił się z mojej ziemi nie wróci na swoje miejsce. Popłynął z prądem. A pociąg mnie wozi w tą i z powrotem. Mogę się tylko odwiedzać.

Znów muszę się uśmiechać. Przyjmować pozy. Być blondynką, facetem, dzieckiem, kimś. Innym. Mieć formę. Człowiek.

Ludzie w drodze mijają ludzi. Potknięcia, zderzenia, katastrofy, zniknięcia. Ja zawsze spotykam fragmenty, te nieodporne na światło dzienne, niezgrabnie schowane w słowach. Natykam się na pojedyncze nitki, które wbijają mi się w płaszcz albo we włosy i nadają im nowy wzór, nową barwę, nowy kształt. Porastam cudzymi myślami, jak mchem. Gdzie jestem. I kim. Taka ubrana w nieswoje.

Muszę uśmiechać się do ludzi. Pamiętać! Przyjmować pozy. Być blondynką, facetem, dzieckiem, kimś. Muszę. Być podobna. Kiedy mija mnie człowiek.

Są spotkania, które zostawiają po sobie słowa. Zasiane jak ziarna, kiełkują, oplatają, zniewalają, kradną oddech. Rozsiadają się we mnie, jakby to było ich miejsce, jakby od zawsze tam żyły, choć nijak nie pasują ani do otoczenia, ani do mnie. Zabierają moją przestrzeń wymachując rękami i przestawiając moje figurki. Zdziwione, kiedy je ignoruję, obrażone, gdy ich nie chcę. Spotkania jednorazowe, zbyt krótkie, by mówić o jakimkolwiek trwaniu, zbyt uśmiechnięte, by mówić o szczerości, zbyt przegadane, by mówić o treści. A jednak z ust wypadają słowa – kamienie do mojego ogrodu, bym poraniła sobie nimi stopy, żebym się schylić musiała, uklęknąć, posprzątać. Spotkania, które chciałby być drzewem, choć mają posturę trawy. Spotkania zachwiane od samego początku, bez zanurzenia, zdziwione, że kładą się na ziemi przy małym podmuchu, że przechodzę nad nimi w dalszą drogę, że liści z nich nie zrywam na pamiątkę.

Albo spotkania, które zostawiają na półkach parę słów, niby ot tak, by wrócić lecz nie po nie, ale donieść im towarzystwo. A potem obiad ugotować z tych wyrazów nazbieranych, obfitych, tłustych, tak podobnych do siebie, tak mało odżywczych, a tak ciężkostrawnych. Żeby ciążyły długo i żebyś nie mógł spoglądać na inne przez długie dni.

Spotkania jak zapomniana parasolka, zbyt zniszczona, żeby z niej korzystać, zbyt zniszczona, żeby ktoś po nią wrócił i zbyt zniszczona, żebyś ją wyrzucił. Może ten złamany drut coś znaczy? Pomyślisz. Albo zostawisz na później, które jest dłuższe niż twoje życie.

Spotkania, jak szafa, do której wkładasz ubrania z czasów, gdy byłeś nie taki, bo musisz zapomnieć o tych kawałkach ciebie, przecież mieszczą życie, które biegło w inną stronę, inną linią, korytarzami pełnymi ciemności i wilgoci. Obcy. Ten. Więc upychasz co możesz w pośpiechu i uciekasz od nich wymawiając się ważnym spotkaniem, omyłkowym odczytaniem numeru autobusu, do którego wsiadłeś a ty przecież zupełnie w inna stronę. Ten punkt na mapie już był. Są miejsca, do których się nie wraca, bo wystarczająco dużo się z nich przywiozło. Szafę zamykasz na klucz.

I spotkania ciche, długo szeptane. Pełne milczącego zaglądania w okno. Z ręką zawieszoną nad kołatką, zbyt nieśmiałą, by zapukać. Spotkania jak spacer ulicą, przy której stoi dom. Ten. Dom. To. Spotkanie.  Jeszcze się nacieszę czekaniem. Spotkania poczęte z zapachów, z jedwabiu przestrzeni, z dotyku powietrza między domem a ulicą. Z uchylonego okna, z poruszonej firanki, z zarysu postaci, która za nią stoi, zamiast słów. Rozumiem. Rozumiem?! Spotkania – ślady, w których mieszczą się tylko dwa rodzaje stóp. Twoje i moje. Spotkania, na które wciąż zapominamy przynieść chleba i wina dlatego wciąż rozstajemy się głodni. I musimy znów spotkać się jutro. I jutro. I jutro. Oby nigdy nie udało nam się nasycić.

Spotkania pełne początków, które zatrzymujemy zanim na dobre się zaczną, by przepuścić jakiś pędzący samochód.  A potem nam się przypomina, że trzeba kupić bilet i wrócić do domu po rękawiczki. Uciekamy. Żeby wciąż być przed. Bo tylko pierwszy pociąg jest zapowiedzią największej liczby możliwości, jest najszerszą mapą, największym światem.

Albo chwila przed spotkaniem, kiedy rozsiadam się w przestrzeni między nami. Teraz jest moja i to ja wdrukuję jej słowa, umebluję ją do końca. Będę poruszać twoimi ustami, na siebie tobą patrzeć strumieniem pełnego zrozumienia. Będzie dobrze, zobaczysz. Wszystko zaplanowałam.

Pozwolę ci iść wytyczonymi drogami, wpisywać przygotowane słowa w pola krzyżówki, a ty zrobisz to tak zwyczajnie, jakbyś dokładnie tego oczekiwał, to właśnie chciał powiedzieć, ten gest uczynić. I to będzie piękne spotkanie.

Spotkanie?

A potem jesteś a ja przykładam ci palec milczenia, bo nagle obleciał mnie strach i powoli zasuwam ciężką kotarą całą scenę, na której gramy. Wypadam z roli. W końcu pozwalam ci mówić. Niepotrzebnie. Pomyliłam teatry. Albo role.

Kim jest ten aktor który mnie gra. Co to za człowiek …

Są ludzie źle poskręcani. Nie zapięci na wszystkie guziki, niedostatecznie okryci. Jakby się mieli zaraz rozsypać. I bez przerwy coś gubią i wciąż czegoś szukają. Pochyleni, skupieni na dotyku dłoni do chodnika, bo wierzą, że pod palcami znajdą zagubione części. Że to, czego brak, jest na wyciągnięcie ręki. Więc wyginają się w górę i w dół, i na boki, żeby każdej ze ścian dotknąć, żeby o każdy zakamarek skórę otrzeć i własnym ciałem pozbierać okruszki granic. Może wówczas zapną ostatni guzik, może wówczas przestaną marznąć.

Przytulają się, próbując przeniknąć inne ciało, zadomowić się w harmonijnej postaci, zebrać wodę do jednego pojemnika. Ale niedługo potem muszą uciekać, nocą bezgwiezdną, deszczem, podziemnymi strumieniami, zasuszeni, pomniejszeni, w garści zamknięci. Łapczywie piją wodę z kałuż, niebem okryci, znów o parę części ubożsi, ale gotowi ruszyć w dalszą drogę. Znów muszą szukać tego, co im zabrakło, albo ubyło właśnie, choć nie są przekonani, czy to potrzebne.

Jeszcze ludzie bez imienia. Niepoliczalni w mnogości swoich osób, w fragmentaryczności swoich gestów, niespójni w gatunku materiału z którego są. Jak woda wylewają się z dłoni, uciekają w każdą możliwą przestrzeń, w której ich jeszcze nie ma. Ludzie z otwartymi oknami i drzwiami, przez które wszystko wpada i wszystko ucieka. Jedynie w kącie głowy zasychają pojedyncze ziarnka myśli i kurz wspomnień.  Ludzie rozproszeni w czasie, bez początku i bez końca, jakby ze snu wyrwani, w połowie kroku sfotografowani i nikt nie wie, czy chcieli pójść, uciec, czy właśnie przybyli. Środek zdania, bez fundamentu i dachu. Może być wszystkim, krzesłem, dywanem, szafą, prześcieradłem. Bezużytecznym przedmiotem który może posłużyć do wszystkiego. Niezbędnym elementem tajemniczego mechanizmu. Rozstajem dróg, na którym dzień pomylił się z nocą, gdzie wszystkie możliwości są otwarte, łącznie z tą, aby pozostać. Porzuconym dzbanem, któremu brak ucha, albo dna i przyda się tylko do nieprzeznaczonego mu celu, który dopiero trzeba odkryć.

Znam też ludzi z zamkniętym pokojem. Na pozór spokojni, rozciągają kanciaste ramiona nad swoimi włościami. Podają truskawki do ust i wodę z własnego strumienia. A na szyi noszą klucz, milczące hasło do sezamu.

Niepokój zaciskają w garści i odcinają mu drogę do twarzy, żeby nie odsłonić firanki, za którą stoją, żeby się nie zdradzić. W swoich korytarzach ścielą piękne dywany słów. Niespotykane labirynty gestów, w które możesz wejść, pod warunkiem, że nie zapukasz do tych jednych drzwi.

A poza nimi przestrzeń. Niepoliczalność komnat wzorzystość ścian, chłód trawy i miękkie jedwabie. I miliony dróg rozmaitych do tego jednego miejsca, ukrytego na wyciągniecie ręki, na jedno słowo, na jedno spojrzenie. Ale nie patrz tam nawet.

Obrusy rozciągają białe na stołach, przy których was karmić będą pianką zebraną z tych półprawd, o których nie macie pojęcia, w jakiej części są kłamstwem. Kolorowe wstążki albo zgodnie z nastrojem, czarno-białe. Zapachy świeżych akapitów i dźwięków, które bądź co bądź, nie dają już soku. Są zwykłym kawałkiem chleba, przezroczystym prawie i bez smaku. Ale nadają się dla gości. Tych, którzy pierwszy raz.

Nie uciekają TAM zawsze, gdy wzrok ich zdaje się ścielić drogę. Ale dotykają klucza, jakby chcieli powiedzieć „zaraz wracam” ale wiedzą, że muszą zostać. Patrzą jakby tam ale w sumie w nieokreślonym kierunku, jakby się bali, że wzrok zdradzi ich mapę i że tym samym ostatnią koszulę oddadzą, majtki pokażą, że będą policzalni, namacalni do wnętrza, do dna jak pusty dzban. Boją się też kamieni wcelowanych w to najbardziej zabrudzone okno, w ściany mchem porosłe. Tak tego najbardziej. I boją się ewentualnej konieczności dopasowania pokoju do reszty domu, zjednoczenia ostatecznego się boją z sobą samym. Linii prostej.

Bo tylko TAM  mają kształt pierwotnie nadany i mięsiste wargi słów, syte, w pospiechu nadgryzane, w niezdążeniu pozostawione, w tęsknocie. Ale ukrwione. Tylko TAM  nagość przystoi, przed lustrem nawet i ruch ciała przestaje być straszny. Bo ma miejsce. Tylko tam tętni słowo po szynach a pociągi jeżdżą zgodnie z rozkładem. Ale nikt w nie nie wsiada. Nie ma takiej potrzeby.

Ale są też ludzie, którzy wciąż pływają, na nitce niestarannego szwu, miedzy skrawkami materiałów, wynurzając głowę spomiędzy fastryg. Między dźwiękami znajdują pustą przestrzeń dla siebie, wyciszony, otwarty choć zapomniany kąt z jeszcze świeżym powietrzem. Nieustannie po linach przesuwają się z jednego drzewa na drugie, z jednego słowa na inne, omijając kropki, czy wszelkie łączniki, zdają się na drogę wyszukaną pod palcami, podążają za tęsknotą za dreszczem na skórze, a może poddają się tylko przypadkom. Nie znają pociągów, peronów i innych ludzi. Nie mają luster.

Bezdomni na tratwach z własnych ciał, płyną obrzeżem wyspy.

I są szczęśliwi.

Już nie muszę uśmiechać słowami. Nie muszą mi służyć za czarodziejskie różdżki, którymi pomacham ci przed nosem dla lepszego wrażenia. Litery jak wypust na skórze wyświetlają polecenia – hasła- neony informacyjne: tu kupisz chleb, tu kwiaty, tu ciepło tam zimno. schowaj się do mojej kieszeni zmieścisz się obok ręki.

ciało się wije alfabetem morsa albo innym alfa betem, jestem alfą jesteś betem. ja zacznę ty skończysz zdanie, które będzie bez kropki, bo przed odejściem żadne z nas nie zdąży jej postawić. urwiemy się razem. jesteś końcem, ja początkiem albo odwrotnie, nie da się tego zmienić choć można nas pociąć na kawałki i połatać nimi nawet dziury w asfaltach, zawsze to jednak będą fragmenty, jakieś łaty odczepione od początku i końca czyli ode mnie i od ciebie, choć się wzbraniasz i myślisz, że jesteś niezależny i że możesz, co chcesz. Ale to nie ty możesz i nie ty chcesz. ty tylko jesteś cały lub podzielony, połatany lub dziurawy w wielu miejscach na raz lub w jednym. albo jeszcze inaczej w końcu co to za różnica, kiedy się jest.

Braille’em jestem napisana, czytasz mnie palcami, bo tak lepiej widać a zdania nie rozmywają się w powietrzu, nie mieszają się z innymi dźwiękami w muzykę, o której powiem, że jej nie słyszę, bo być może jej nie ma a tylko ty byś chciał, żeby była. A może jest a ja udaję albo ci mówię, że to ptaki albo drzewa, albo, że przejechał samochód. Nie muszę łapać uciekających liter z rusztowania, które mają dosyć tego ciągłego remontu i nowych pomysłów na aranżacje przestrzeni. W końcu coś jest niezmienne choć może ciężkie i trudno mi tak to ze sobą nosić ale nie mam wyjścia i noszę jak płuca, serce i nerki, bo się składam również ze słów, zawsze, nigdy, tak, nie, nie wiem, z nie wiem najbardziej, bo ma dużo przestrzeni a ja lubię przestrzeń. A ty nie lubisz biegów na orientację, wolisz łączyć kropki do jednego obrazka, który potem będziesz mógł pokolorować. Bo jeśli jestem obrazkiem musisz być kredką, tak jak alfem i betą. to wszystko się przenosi na różne przestrzenie i nie uciekniesz od drugiej ręki, bo co ma początek, gdzieś ma koniec a miedzy nami odcinek. między dłońmi jest ciepło pościeli i wiatr.

właśnie tak