muzyka

Stąpam po dźwiękach. Piszę piosenki. Koncerty całe rozpisuję na instrumenty.
A nie znam się na muzyce.
Po klawiszach miękko skaczę, wierząc w moc przypadku, w wiatr który trzcinę kołysze we właściwą stronę.
I czasem słyszę muzykę.
Wyobraźnią zalepiam dziury, naciągam struny na dźwięki, które lubią się trzymać za ręce.
Wiele dam za Muzykę.
Nie chcę niczego więcej …
Reklamy

muzycznie

Ludzie lubią szufladki. Pudełeczka. Przegródki. Najwięksi bałaganiarze lubią mieć porządek. Nazwy, litery z których buduje się jakiś schron, jakiś dach, co w słońcu czerwienieje i lśni. Żeby zawsze można było do niego trafić, palcem pokazać.
Mam kłopot z tym porządkiem, choć w domu to mam raczej czysto i poukładane. Ale w głowie to już nie do końca. Wszystkie szuflady mam zawsze porozsuwane, (a jakże, też je posiadam!) bo wciąż w nich przekładam, klasyfikuję, zmieniam.
Kiedyś, jeden kolega powiedział mi, że jakiś „autorytet muzyczny” w radio stwierdził, że tylko debile mają alfabetycznie poukładane płyty. No cóż, ja, debil właśnie tak mam, bo w przeciwnym przypadku, każda płyta musiałaby stać osobno i żadnej bym nie znalazła. Kolega też jest debilem, bo też tak ma, z tych samych powodów.
W jednym, bardzo bogatym, domu widziałam ogromną, niezwykłą bibliotekę. Jej oryginalność polegała na tym, że każda książka była obłożona w jeden z pięciu bodajże kolorów papieru, wkomponowując się tym samym w dizajn domu. To się nazywa porządek! A weź w takiej bibliotece coś znajdź. Z drugiej strony nikt gospodarza nie posądzi o snobizm na czytanie tego, czy innego autora. No i nikt książek nie będzie od niego chciał pożyczyć, skoro nie wiadomo, co ma. Jeszcze piętnaście lat temu rozważałam podobną choreografię u siebie, ale ostatecznie, taniej było się nauczyć mówić nie, nie pożyczę. I na ogół nie pożyczam.
Płyt też nie, nigdy nie wiem, na jaką w danej chwili będę miała ochotę. Poza tym jestem przywiązana do rzeczy takimi niewidzialnymi nitkami, które drgają moimi strunami. Bez rzeczy struny nie chcą grać. A ja bez muzyki nie potrafię.
Kiedyś gdy otworzyły się przede mną podwoje Virgin, bywałam tam kilka razy w tygodniu, szperałam w zupełnie przypadkowych płytach i po zeskanowaniu kodu mogłam sobie ich posłuchać, czasem pierwszych utworów, czasem fragmentów. To było 13 lat temu…
Przywiozłam sobie wtedy dużo płyt, z których cześć została mi skradziona, z mojego własnego pokoju, wynajmowanego za ciężko zarobione pieniądze, w najbardziej jadowitym kłębowisku żmij, w jakim mi przyszło pracować. To było 10 lat temu, a boli jakby się stało przed chwilą.
Niektóre struny drgają bez rzeczy, jak widać.
Są takie utwory, z jakiejś części mnie wydarte, uchem wracają do domu, do środka mnie, jak syn marnotrawny, ukochany. Na początku nie dowierzam, dłoniom rysy sprawdzam, czy to te same, które pod sercem nosiłam. A one w cichym milczeniu śpiewu patrzą na mnie, jak nikt inny, nie patrzył.

zapomniałam o najpiekniejszej piosence świata

kto wie, ciąg dalszy być może nastąpi

Kulturalnie

I stało się ! Straciłam swój pociąg. Koniec marzeń o grawerowanym nazwisku na plastikowej, czerwonej ławeczce. Albo nalepce na szybie, nakazującej ustąpienie mi miejsca, gdybym akurat wsiadła. Ktoś zadecydował o zmianach w moim życiu …
Musiałam się przesiąść z PKP do WKD. Czuję, jakby ktoś za mnie zdecydował o przeprowadzce z Mokotowa na Pragę lub odwrotnie. Nie mam jednak wyjścia, gdyż moje walizki zostały już przeniesione.
Pierwszy raz na stację WKD dojeżdżam z opóźnieniem (ale nie spóźniona) z małą krajoznawczą wycieczką tuż przed odjazdem kolejki (odruchowo obraliśmy drogę w kierunku stacji PKP). Taki mały suspens w stylu Hitchcock’a. Działa lepiej niż kawa. Ponieważ jednak z rana częściowo jestem jeszcze w pościeli, nie wykorzystałam tego niepowtarzalnego momentu, żeby wkurzyć się na odwożącego mnie męża, obrazić lub ponarzekać. W końcu trening czyni mistrza, nie wolno żadnego opuszczać.
Napadłam za to konduktora? kierowcę? motorniczego?, kogoś w uniformie, dopytując o szczegóły biletów, remontu PKP itd. Uspokojona i poinformowana (to podstawa), zaczęłam gorączkowo rozglądać się za miejscem. Żadne mi nie pasowało. Bo żadne z nich nie było moje, jeszcze żadnego nie udało mi się oswoić, co oczywiście nie jest konieczne w jednorazowej, przypadkowej podróży, natomiast absolutnie niezbędne w stałych, regularnych dojazdach. Omiotłam wzrokiem wagon, bardzo szybko i bardzo pobieżnie, ale na nic się nie zdecydowałam. Przemierzyłam więc korytarz w obie strony, co zaczęło przykuwać uwagę współpasażerów więc zdezorientowana usiadłam. Nie pamiętam gdzie. Byłam zestresowana.
Wyjęłam książkę, starym zwyczajem, i zaczęłam czytać. Pociąg zadzwonił jak pierwsza komórka kilkanaście lat temu. Głośno i beznadziejnie ale do celu, bo wszyscy już się na ciebie patrzą. Ruszylismy.
WKD ma jedną, jedyną linię, w szczególności, kiedy się jedzie z Grodziska(początek) do Śródmieścia (koniec). WKD nie może nieoczekiwanie skręcić, zmienić trasę lub skończyć bieg w połowie. Po prostu nie i koniec. Mimo to, nerwowo zerkam znad książki przez okno, czy aby dobrze jadę i w dobrym kierunku (jakby był możliwy jakikolwiek inny). Kiedy przeczytałam już po raz szósty to samo zdanie, które było pierwszym tego dnia, i w dalszym ciągu nie mogłam pojąć jego sensu, poddałam się. Zrozumiałam bowiem, że nie czuję się tu jeszcze jak u siebie. I dopóki to nie nastąpi, będę się denerwować. Tak więc od kilku dni oswajam WKD, która przez najbliższe miesiące będzie mnie wozić do pracy. Nie nauczyłam się jeszcze stacji na pamięć, choć każdą przeczytałam i obejrzałam przez okno, ale jest coraz lepiej, bo mogę już czytać.
Bo ja teraz czytam Moja Siostra Moja Miłość J. C. Oates. Polecam, acz nie gorliwie. Choć nigdy nie spodziewałam się, że to powiem o tej akurat autorce. Po lekturze Zabiorę cię tam, jakieś 10 lat temu, byłam mocno podirytowana stylem pretendującym do nietuzinkowego i treścią, na którą wg mnie autorka czasem nie miała pomysłu. Ale około tygodnia temu, po szybkim KFC, wpadłam do empiku rzucić okiem na asortyment (wszyscy normalni wiedzą, że w empiku nie robi się zakupów ale wącha towar) i na półce stała opasła Córka Grabarza. Więcej! To była jedyna sztuka, która krzyczała kup mnie!, kup, nawet z kilkunastozłotową przebitką! Kupiłam. Byłam urzeczona, teraz jestem jakby mniej, co nie przeszkadza mi w posiadaniu już trzech takich opasłych woluminów (oczywiście, każdy pod innym tytułem).
No więc pewnego dnia jadę i czytam. Po kilku stacjach wsiada dwóch młodzieńców. Nie byli może zbyt hałaśliwi, ale siedzieli zbyt blisko i zaczęłam skakać między kartkami a ich rozmową. Nurkuję natychmiast do mojej torebki(najmniejszy model), która wygląda niepozornie, ale imponująco dużo mieści. Wyciągam iPoda, wtykam słuchawki i wyszukuję podkład muzyczny do mojej powieści. Szybko, bo szkoda mi każdej linijki. Po drodze natykam się na Two Suns Bat for Lashes. Nigdy długo się nie waham. Wciskam play.
I nagle jestem rozdarta! Tańczą wokół mnie dwa światy, jakby dwa nieba zrzuciły mi liny, po których mam się do nich wspiąć. Jakbym została zaproszona na dwie mega imprezy w jednym czasie. Nie wiem, czy czytać, czy słuchać, bo stało się jasne, że nie mogę robić tego jednocześnie (mimo, że jestem kobietą). Dwie linijki, osiem dźwięków. I tu nie jestem i tam mnie nie ma, a jednocześnie jestem w obu miejscach. Dźwięki plączą się ze słowami, zahaczają o znaki interpunkcyjne i gubią rytm. Z kolei litery frywolnie poruszają biodrami i zupełnie im nie przeszkadza, że nie w takt. A ja stoję po środku jak przedszkolanka, która nie jest w stanie ujarzmić swych podopiecznych i ma ochotę się rozpłakać. Trochę słucham, trochę czytam, ale naprawdę ani nie słyszę, ani nie rozumiem. Totalny chaos. Choć jednocześnie przeżywam coś pięknego. Mam abonament z bonusami. Albo tanie minuty albo smsy. I z tego bonusowego pakietu muszę coś wybrać. Stan co najmniej dziwny, przynajmniej dla mnie. Bo ja zawsze jestem zdecydowana. Tym razem nie potrafię.
Podróż trwała 60 minut wahania