W dłoni

Przyjrzał się swoim dłoniom. Próbował objąć przestrzeń, lecz ta wymykała mu się z rąk. Czuł bezkres horyzontu, za którym chowały się jego pragnienia.
Rysował w powietrzu jej postać, z każdej strony dotykał jej włosów i ust, które całował, nawet gdy nie były blisko. Była wszędzie, na każdym krześle siedziała, w każdych drzwiach stała, czekając na jego zaproszenie. A on, krok po kroku, mostem szedł niepewnie, jakby się bał, że zbytni pośpiech zerwie liny i runą w przepaść.  A on przecież tak bardzo chciał ją dotknąć. Tylko.
Pieścił w głowie jej aksamitne suknie i jej spojrzenie spojrzeniem swoim obejmował, a ręce jego gładziły przestrzeń, w której ona wkrótce miała się pojawić. Wierzył w to. I cieszyło go niezmiernie, że tak go nie opuszcza, że tak wszędzie jest, w każdym zakamarku jego głowy, w zasięgu wzroku i dłoni, i poza zasięgiem, tam, gdzie go jeszcze nie ma, tam, gdzie niczego już nie dostrzega, oprócz plam rozmazanych i krawędzi ziemi. Której się bardziej domyśla, niż ją widzi. Wszędzie była. I we wszystkim. I po słowach, jak baletnica delikatnie stąpała, trącając poniektóre litery, nadając im tym samym lekko odmienny kształt. Czułość muśnięć zmiękczała zdania do poduszki, do pierzyny puchowej, bezpiecznej przystani, w której sen rzeczywistość kołysze.
Aż w końcu przyszła. Z powietrza wyszła, z mgły, ze słońca i chmur. I ze słów trochę może, tych którym jeszcze dźwięku nie nadał i kształtu. Tak piękna była. Zapachem była i nieodkrytą muzyką, zanim stała się dotykiem. Zanim objął w dłoniach jej istnienie, zanim dotknął jej skóry, by na ziemię zejść i uwierzyć i posmakować. Niewierny.
Była. Już nie w przestrzeni, w myślach i z tyłu głowy, nie mieszkała już w krainach odległych, lecz była tu, zamiast krajobrazów, myśli i powietrza. Jak świat stała przed nim. 
Bał się jej dotknąć, by się nie stłukła, nie rozpłynęła, nie pokruszyła. Nie chciał jej spłoszyć, więc dotykał ją wzrokiem, nieśmiałym, ukradkowym, bezczelnym, zachłannym.
Krok po kroku, mostem do niej szedł. Zawężał przestrzeń. Odległość w rękach miął, jak kawałek materiału, co w pięści ukryć musi, do ostatniej nitki. Wzrokiem najpierw obejmował jej świat, potem słowem go otulał, jak murem, przez który nikt przebić się nie może i skrzywdzić. Nawet deszcz. Oddechem swym ją znieczulał, usypiał, w pocałunki stroił, w słowa, w których piękniała, rozkwitała uśmiechnięta, podlewana, zadbana. A on rękoma ziemię wokół niej sam pielęgnował i liści myślami dotykał i na płatki chuchał. Aż w dłoniach mu się zmieściła odległość między nimi cała, a świat jej w jednym słowie się ukrył, które tylko on znał. Aż skórą jego oddychać zaczęła, ustami jego jeść, oczami patrzeć i w ciało jego wrosła. Nie spostrzegł nawet, kiedy wróciła. W przestrzeń z której przyszła, kiedy jej  jeszcze nie było.
Przyjrzał się swoim dłoniom, w próżni zawieszony dotyk, pod palcami martwa przestrzeń.
Pustka dookoła.
Zima.
Śnieg, co nie spada, tylko ginie przedwcześnie …
Reklamy

Into the wild

Widziałam ten film jakiś czas temu. Dwa lata, trzy? Wciąż jeszcze go oglądam, w swojej głowie, wybrane fragmenty. Alaska, podróż, niedźwiedź, ryż i trujące zioła. Z bohaterem przemierzam raz po raz, od nowa, od początku przewiniętą taśmę i kroki stawiam na jego drodze, tylko krajobraz wokół dekoruję po swojemu. Bo ja mam swoją wolność.
Uciekam od świata na swoją Alaskę, w swoją dzicz, gdzie żyję w zgodzie z naturą. Budzę się, zasypiam i działam po prostu, zwyczajnie. Wszystko jest oczywiste, jasne i przejrzyste. Wokół mnie roztacza się niekończący się horyzont, miliony dróg, przestrzeń możliwości i jedno światło, które mnie prowadzi, bez przeszkód do celu, do mojego miejsca.
Miłość.
Nie ma pytań, są tylko odpowiedzi, szybkie impulsywne, poprawne, jedyne możliwe. Nie ma rozstajów dróg, wątpliwości, powrotów. Jest spontaniczny marsz w rytm, w takt melodii, która we mnie gra. Nagle świat się otwiera. Na przestrzeń, na góry, na morza. Oddycham. Krzyczę szczęśliwa, że oto jestem, oto ja, na świecie. Tylko ja. Kwiaty dotykam, jakby odtąd mnie miały służyć, do ptaków się uśmiecham, jak do luster i czuję w sobie świat i siebie w świecie.
Wszystko jest łatwe, naturalne, jeśli są huśtawki to tylko po to, by wyżej mnie wznieść, by świata więcej zgarnąć wzrokiem, by się nim nasycić, odkryć po raz pierwszy i na nowo i raz jeszcze pierwszy raz. Robię, co chcę, moje ręce i nogi osobno myślą, osobno działają, ale wszyscy w jednym kierunku idziemy, jedną, tą samą rzecz mamy do zrobienia.
Kochać.
Ziarnko do ziarnka składam i kopczyk usypuję, niczym ołtarzyk, z którego z miłością i pieczołowicie wycieram kurze. Na początku. I stoję przy nim radosna i każdą cząstkę przez palce raz jeszcze przetaczam, by dotyk na dłużej zatrzymać, by w zmarszczki pod oczami go wcisnąć na stałe, pod powiekami, a w nozdrzach zapach twój, świata zatrzymać. Jak najdłużej. Rozpływam się. W twojej koszuli się topię, w trawach rosy twojego ciała zanurzam, a nade mną niebo, nad głową tuż, a chmura jak dach przed deszczem i wiatrem mnie chroni. Na ramionach jak peleryna spoczywa.
Twoje ciało.
Jestem. Ja. Świat i kierunek jeden. I przestrzeń i nogi moje, które w każdą stronę iść mogą, a bez wahania w jednym kierunku zmierzają.
Aż przyjdzie zima.
Spadnie śnieg.
Aż woda wzbierze i od świata odetnie mnie bezwzględnie. Aż ziemia skurczy się z zimna, ze skórą zespoli, aż wsiąknę. W Ciebie. Aż wrosnę niemocą, zatrzymam na wzgórzu, skąd po horyzont świat się rozpościera, ale nie mój już. Twój.
Na obrazku tylko, w dali.
Aż ryż się skończy i dziurki w pasku i spodnie przestaną się trzymać. Bo wszystko Ci oddałam za życie.
Zacisnę trujące owoce w dłoni.
Na wszelki wypadek je zatrzymam.

Filiżanka z herbatą

cold case.
By samantha.burtt

Dostałam kiedyś filiżankę. Może nie była niezwykłej urody, choć de gustibus non est disputandum, ale dla mnie była jak dotknięcie Kopciuszka czarodziejską różdżką. Teraz będę damą! Kobietą! Z aksamitną skórą, w kapeluszu (takim dużym!). Moje gesty nabiorą dystynkcji i wytworności i cokolwiek nie zrobię, będzie owiane zapachem sekretu, który damy kryją w sobie pod stertą koronek.
Filiżanka.
Herbata nie była moim ulubionym napojem, wówczas jeszcze nie, ale ta filiżanka… Z tymi wargami, które, gdy zbliżały się do moich w pocałunku gorącym, pozostawały dumnie niewzruszone, choć kryły w sobie taki żar namiętności. Te uczucia, jak konie narowiste, tak umiejętnie na wodzy trzymane, podczas gdy pod powierzchnią wulkany wybuchały jeden po drugim. Zachwycał mnie ten chłód brzegów jej ust, woń herbaty, która jak wezbrana rzeka, rozlewała się po drżące końce moich palców.
Dbałam bardzo o filiżankę. Nie, żeby była od święta, kobietą się nie bywa, tylko jest, ale jej wzruszająca kruchość, ukształtowana zimność falban, którą polerowałam palcami z namaszczeniem, była jak schody do innego życia. Schody po których biec nie należy, ale iść miarowo, pieszcząc miękki dywan pod stopami.
Cieszyła moje zmysły; mój dotyk, moje oczy oblepiały jej kształty, niczym papier ochronny, niczym schron z miękkich dłoni, które za wszelką cenę chcą zatrzymać ostatnią kroplę wody na pustyni. Chciałam ją w sobie ukryć, w zakamarkach pamięci, do kubków smakowych aromaty poupychać, na zawsze, przed cudzymi spojrzeniami chronić, żeby była tylko moja.
Aż pewnego razu do cudzych ust podałam porcelanowy pocałunek gorącej herbaty. Zapatrzona w ten jakże znajomy mi rytuał, w którym dotąd uczestniczyłam, palcami, wargami, podniebieniem, a który teraz fotografowałam z boku, kadrem zachwycona. Przesunęłam swoje usta, by tym drugim miejsce zrobić, by tajemnicę na dwoje podzielić, by do smaku, zapachu, dotyku, jeszcze jeden składnik dodać, ten, co pozwoli mi zachować szaty królewny i spali łachmany kopciuszka. Już troje ust się spotkało, a rzeka na dwoje się rozlała.
Z jednej małej filiżanki.
Potem odpadło ucho.
Usta popękały, skóra zeszła, suknie się sprały. W milczeniu, w moich dłoniach, filiżanka zapłakała kruchymi łzami. Tamte usta nie chciały się pokaleczyć. A ja zostałam z potłuczoną filiżanką ozdobioną palców moich krwawymi słowami…

„Młodość jest jak te butelki, które rozwaliliśmy o ściany. Nie można ich skleić z powrotem, ale jest jeszcze szansa, dla każdego z nas, marnych ciuli, że przyjdzie ktoś, kto ułoży z nich witraże.(…)”

Piotr Czerwiński Pokalanie

morze

Idę do siebie dziwną drogą. Niekiedy mam wrażenie, że próbuję przedzierać się przez gęste chaszcze. Że ostre gałęzie zostawiają na moich rękach zmywalne tatuaże, bo te na zawsze, robię sobie sama. Uginam się pod koronami zbyt niskich drzew, kolanami trawę wycieram, półotwartymi oczami szukam jagód, jak złota. I płynę mozolnie do przodu, jak w gęstym błocie, z trudem utrzymując się na powierzchni. 
Ale chyba rzeczywistość wygląda inaczej. Otoczyłam się snem, jak murami ciepłego domu i dobrze widzę tylko nocą, gdy mam zamknięte oczy. Pod powiekami oglądam dokładnie swoje obrazy. 
Tak naprawdę idę polem i macham rękami odgarniając powietrze. A ono przygląda mi się zdziwione, ustępując mi drogi, kłaniając mi się swym przezroczystym obliczem, jakby chciało mi dywan rozłożyć, żebym mogła iść wygodniej. Moje ruchy nieskoordynowane budzą przerażenie. Siła moich mięśni napiętych, do walki gotowych, wywołuje śmiech.
Warczę.
Spotykam ludzi. Językiem fal nogi im obmywam, łaszę się do stóp, mamię orzeźwiającym wzrokiem, głębią, tonią rozległą, tym, co za horyzontem niewidoczne, Jak rąbkiem spódnicy, niepostrzeżenie, muskam ich myśli, by obstrzępioną koronką zahaczyć jakiś włos i pociągnąć. 
Na dno.
A ludzie, jak plaże, moje wybiegi czynią oczywistością, przypisaną do mojej fizjonomii. Te kruche brzegi opierają się moim umizgom, cofając się w ląd, z walizkami pełnymi muszelek, odchodzą nie oglądając się na mój wściekły marsz fal.
Przecież jestem potężna, czemu mi się opierasz? Zatapiam okręty wojenne, ratuję rozbitków, świat studzę. Mogę wszystko. Czemu pocałunki moje nie mogą sięgnąć kruchości twoich stóp? Czemu mowa ciała mojego zostaje ci tak obojętna? Czemu rzucasz we mnie kamieniem, nie patrząc jak rani dno, jak płynne ciało rozrywa, jak mąci wodę?  Jak spada pocisk, by uciskać przez resztę życia czułość moich gestów.
Znów mam w sobie twoją złość, zamkniętą w świszczącym torze, zapakowaną w kamień, spod twojej stopy wyjęty a w moje wycelowany. Znów kopiesz mnie słowami, których sens mi umyka, rozpływa się w mojej toni, rozpuszcza i znika niezidentyfikowany. Może powinieneś go zasiać na innym podłożu, może w inny kąt zrzucić, gdzie byłby kształtem, jakimś kolorem do nazwania.
Inny ktoś oddaje mi swoje ciało. Od razu niemal zanurza się cały, wszystkie szklanki sobą napełnia, głowę w ramionach mi chowa i każe głaskać. Włosy pod drobne palce podtyka, by z nich wyłuskać troski, jedna po drugiej, cierpliwie. Tylko mała chwila się nad nim pochyla, dłonią kształt przeczesze i ześlizgnie się znużona do kieszeni.
Nikt nie lubi tych, co sami przychodzą.
Ty nie przyszedłeś, po prostu jesteś i nie chcesz odejść. A ja nie mogę. Dopóki wszystkie łzy we mnie nie wyschną. W moich dzbanach, w moich szklankach, na moich spienionych dłoniach pełno jest łez. Cudzych. Niechcianych. Zostawionych na stole jak niedopita, zimna herbata, która nie zdążyła zagrzać niczyich rąk. Wciąż mnie wypełnia cudzy smutek, zmywalne tatuaże, jak odciśnięte w piasku muszelki. Wciąż czyjś żal we mnie wzbiera, unosząc leniwie moje ramiona, na niewidzialnych sznurkach, które odcinam opadając znużona. Nie mam już siły na sztormy.
Spotykam ludzi. Plecami odwróceni patrzą w głąb lądu.
A przecież jestem morzem.
Jestem potężna.