prolog

Te szepty które słyszę, ten szelest słów, które ktoś chce wyprostować jak złotko od zjedzonego cukierka, próbuję złożyć w jakiś znajomy kształt. Przymierzam je jak pantofelek kopciuszka, zgubiony o północy i przykładam do różnych marzeń, szukając tego, które ma na zawsze pozostać moje. Delikatnie dotykam skórki i obcasa, przecież jeszcze niedawno, wszystko było inaczej. Wszystko do siebie pasowało. Co zgubiłam? Gdzie?

Gryzie mnie moja koszulka i swędzi mnie ciało. Gdzieś tu na pewno musi być ta zgubiona bransoletka, która przynosiła mi szczęście. I słowo. Od którego zaczyna się historia. Daj mi jeszcze pięć minut a znajdę, wyjdę z koszyczkiem pełnym jagód a wśród nich będzie przynajmniej jedna słodka. Biała kula bilardowa, która popycha wszystkie inne we właściwych kierunkach.

Gdzieś tu przecież musi być …

Reklamy