miasta

Moje miasta nie rozmawiają ze sobą. Już dawno zauważyłam brak listów w skrzynce i milczący telefon. Może mkną po szynach w rytmie świateł na skrzyżowaniach i tylko na pętlach na chwilę przystają, żeby wyrównać oddech. Może żyją w milczeniu, choć tętni w nich muzyka. Myślę, że potrzebują odparować wodę z rozrzedzonego trwania, żeby wyłuskać z siebie kwintesencję kolorów i dźwięków.

Moje miasta nie odpoczywają. Chcę w to wierzyć. Nie zbierają też sił przed walką. Myślę, że się budują trochę w tajemnicy przed sobą nawzajem, żeby potem móc wpaść w zachwyt i zadziwienie. Myślę, że piszą piękne partytury, których nie nucą nawet, bo się boją, że dźwięk jak przysłowiowa kropla wydrąży otwór w skale, przez który systematycznie będzie uciekać na zewnątrz całe piękno, nad którym tak usilnie pracują. Pokażą mi wszystko kiedy będa gotowe. Od razu. Albo w aktach.

Moje miasta szepczą coś i mruczą w ciemnych garderobach za kotarami z aksamitu. Przecierają rękawem zakurzone lustro, żeby sprawdzić, czy jeszcze są i czy coś się zmienia. Jedno spojrzenie i wracają uspokojone na krzesełka podejmując ponownie robótki na drutach albo haft. Albo coś, o czym nie mam pojęcia.

Nie, to tylko mój strach.

A może moje miasta czekają. Z rękami posłusznie złożonymi na kolanach. Na sygnał. Na znak. Który być może nigdy nie nadejdzie. A one w napięciu, próbują z ruchu warg przezroczystego powietrza wyczytać plan. Nierówny urywany oddech skrywany w przydługich mankietach, zdradza pełne niepokoju pytanie: A co jeśli tak zostanie? Milczenie jak ocean. gdzie jest ta wyspa, na którą mam dopłynąć?

Moje miasta nie rozmawiają ze sobą. Wysłałam list w butelce…

Reklamy