myśli

Najpierw je czuję, a potem kątem oka widzę jak przemykają mi za plecami. Nie mgliste. Cieliste, namacalne. I odchodzą odchylając lekko głowę, jakby mówiły, choć za mną. Zawsze mi to robią, gdy jestem pochłonięta sprzątaniem i nie mogę odkleić się od miotły albo szmaty do podłogi, bo nie umiem zostawić nieskończonej pracy w połowie. Nie umiem być w połowie, choć umiem być nie będąc. I umiem stąpać po linie. Ale nie mogę zostawić domu, do którego zaczęłam znosić patyki, by osłonić się od wiatru. I siebie nie mogę zostawić, by pójść za myślą, docierając do Miejsca, do którego być może zmierzam. Tej siebie naskładanej z patyków źdźbeł traw i piór. Stąd. Już nie mogę chodzić sama. Opuszczać. Już za późno na samotność i na długie podróże. Minęła moja pora.

Już przynależę, do innych słów, do innych miejsc, do innych butów, wybranych na penetrowanie przestrzeni, którą ogrodziłam płotkiem, obsadziłam kwiatkami. Już nauczyłam się manewrów na ruchliwych drogach i zmiany biegów. Już posługuję się sprawnie językiem milczenia jakże krzykliwym dla wtajemniczonych. Już zaczęłam się uśmiechać…

I wtedy właśnie przyszła. I nie daje mi spokoju.

Myśl …

Reklamy