The Vagabond Prince – Enchanted Forest

the vagabondNie wiem, czy to siła sugestii czy skojarzeń ale Enchanted Forest od pierwszej aplikacji kojarzy mi się z poszukiwaniem. Nie koniecznie jakimś celowym w sensie dosłownym ale poszukiwaniem, którego zadaniem nadrzędnym jest doświadczać, przeżywać i filtrować.
Zaczęłabym pisanie od „podobno”, gdyby nie to, że opisywane poniżej wnioski są naukowo potwierdzone.
Marcel Proust jak wiemy tkał nieskończenie długie zdania. Ciągnęły się one po kartkach niczym pnącza po murach ogrodów, zawijały, skręcały, wiły, puszczały odnogi i czasem niektórym nie było dane dobić do ich prawdziwego końca. Jest mnóstwo piękna i finezji w tych splotach słów, cała moc dygresji, które są nie mniej odkrywcze niż źródło, z którego wypływają czy morze do którego wpadają. Nie bez kozery o nich piszę w związku z ogrodami i pnącymi kłączami, gdyż Proust pod pozorem opisu pozornie pospolitej przyrody pisał o namiętnych rozkoszach, skradanych pocałunkach, wyczekiwanych dotykach, o tych wszystkich szczeblach, które dwoje kochanków (tu dwóch kochanków) prowadzą do nieba. I nie jest to jakaś tam moja nadinterpretacja.

W cyklu „W poszukiwaniu” przyroda w ogóle nie występuje jako przypadkowy bohater i choć nie jest zaaranżowana i nikt z niej nie robi sztucznej dekoracji, to mam wrażenie, że opisywane fragmenty zostały dokładnie przejrzane i wybrane, trochę jak na castingu, by dopełnić fabuły. Proust pisał o Côté de Guermantes, która jest tajemnicza, bo spacery rzadko odbywały się w tamtym kierunku a poza tym niewiele można było dostrzec przez mur. Trudno było zakraść się do ogrodu.

Zaczarowany ogród trochę łapie nas w swoją pułapkę. Z ciekawości zbaczasz z drogi i nagle nie wiesz, którędy do domu. Z drugiej strony jest tak pięknie, że martwisz się tylko pierwszą chwilę, potem ogarnia cię zapomnienie.

A co robi nasz Książe Włóczega w zaczarowanym lesie? Ja skojarzenie mam jedno. Ten zapach zmiętych liści porzeczki, który wplata się we włosy, pod palce, łaskocze czasem po twarzy, ten wszędobylski szal, który oplątuje moje ciało chaotycznie lecz zmysłowo jest synonimem namiętności, nagłego porywu zapoczątkowanego od jakiegoś jednego spojrzenia, będącego kluczowym porozumieniem bez słów. Ja zaczynam zdanie, on kończy i nie możemy przestać rozmawiać. A rozmowa się toczy w przepięknych okolicznościach przyrody trochę jak z obrazów Rousseau dit le Douanier , bo w tym zapachu wszystko wydaje mi się takie czyste, dosłowne, wręcz objęte konturem, żeby się nie pomieszało, nie rozmyło. Każdy szczegół jest zapunktowany, wyodrębniony, mimo, że nasze gesty są intuicyjne, niewystudiowane, łapczywe, soczyste wręcz. Jest w tym jakaś dzikość i pierwotność, jakaś nienaruszalność, bo ta porzeczka ma inny smak, niż ten, który znam z ogrodów.
Nie to nie jest początek miłości, nawet nie fascynacji. To namiętność w czystej postaci, której należy się poddać, w której trzeba się zapomnieć, żeby dowiedzieć się czegoś o sobie. To zjawisko, które przez ciebie przenika, żeby coś drgnęło, zmieniło twoją hierarchię ważności, coś przemeblowało w postrzeganiu świata. Książe odejdzie włóczyć się dalej i niby las wokół się nie zmieni ale już nic nie będzie takie samo.

The Vagabond Prince – Enchanted Forest

Za Fragranticą:

Nutami głowy są różowy pieprz, aldehydy, słodka pomarańcza, kwiat czarnej porzeczki, liść czarnej porzeczki, głóg, rum, czerwone wino, rozmaryn i dzięgiel;

nutami serca są czarna porzeczka, kolendra, wiciokrzew, róża, goździk (roślina) i wetyweria;

nutami bazy są opoponaks, syjamski benzoes, Żywica bursztynowa, mech dębowy, jodła balsamiczna, paczula, kastoreum, cedr, wanilia i piżmo

Reklamy