podróż

imgp6552-editA czasem obrażam się na świat, na te domy i ulice, które dla mnie wybudowano. Dla mnie też. Na te lustra, co mi pokazują mnie taką, jakiej nie chcę znać, takiej, jaką w swoim lustrze nie jestem. A są to dni, kiedy chcę wierzyć obrazom pod powiekami, zmiętymi w pamięci skrawkami kartek, do których na wyrost jasność dokładam. To są dni, kiedy rozsiadam się w chwilach wybranych. Zrywam ze sznura korale i układam na nowo, w innej kolejności, w innym porządku, nadając poszczególnym kuleczkom nowe znaczenie i nowe miejsce w hierarchii. Świat brzmi po mojemu. Wybieram sobie swoją drogę, którą się przechadzam, nie zważając na drogowskazy i szlaki na mapie. Miksuję basy i natężenie tła. Zmieniam bieg rzeczy.

W te dni odwracam się do ściany, której chropowatość mnie ocala, bo jest twardą granicą, bo mnie dotyka, nie dostosowując się do kształtu ciała. Bo jest zawsze w tym samym miejscu, jednakowo zimna, jednakowo niewzruszona i niczym nie może mnie zaskoczyć. Nie oszukuje mnie w rzeczach małych, tych niedostrzegalnych. Jest filarem, od którego mogę uciec i zmierzyć odchylenie. Jest jedyną stałą rzeczą w tym złudnym świecie, latarnią, której światło wskaże mi kierunek, gdy będę chciała wrócić.

I na tej ścianie pierwotnym ruchem rąk wydłubuję obrazy, które teraz będą moją przestrzenią.

I jest nieporównywalnie pięknie, spokojnie, bezpiecznie. Bezkresne horyzonty i góry po niebo. I ja się po nich wspinam niestrudzenie, a po drodze czuję na twarzy promienie słońca. Ludzie, których spotykam częstują mnie chłodną wodą i podają rękę, gdy chce przeskoczyć strumień. Wszystko się układa, nawet trawa pod zmęczonym ciałem nie gniecie. Nie myślę wcale o powrocie, bo to bezkres, z którego się nie wraca, ale w którym się dokądś dochodzi, własnymi słowami, własnymi krokami, własną myślą. A ta własność jak diament jest. Bezcenna. I wychwalana. I ja tą własnością dysponuję, całym wachlarzem własności, bo nagle okazuje się, że myśli przepychają się jedna przed drugą a jedna od drugiej bardziej moja, a każda równo ważna. I zanim się uspokoją i zrozumieją, że nie muszą się tak pchać, pozwalam im skakać, upadać, potykać się i zmęczyć. A nawet zasnąć. Pozwalam im tak, jak bym chciała, by mnie pozwalano i wówczas … spełniają się marzenia. Te moje niedoścignione i myśli moich nieokiełznanych. Niczym nieskrępowana, mając taką przestrzeń możliwości, wybieram ciało swoje na przeżycie, na szkatułkę na skarby. Wybieram je, ponieważ uznaję je za najbardziej odpowiednie, najlepsze, najpiękniejsze i najbardziej bezpieczne. Wybieram je ponieważ mogę dokonać wyboru i wiem, że będziemy do siebie pasować …

Gdy zapełnię wszystkie ściany, wzywa mnie światło latarni. Wracam z nową pamięcią pod powiekami. O jedną podróż szczęśliwsza.

fot. Anna Wołoch

Reklamy