Gdybyś istniał, nigdy nie pisałabym listów

Tak, szukam prześwitów. Łamliwego tynku i nierównych cegieł. Szukam ubytków, w które palec wsadzę i albo się przebiję na drugą stronę albo wydrapię jakieś serce. Nie chcę przestrzeni bez horyzontów, niekończących się szali wiatru.

Chcę zawiązanych kaftanów, przez które będę brnąc do skóry. Poplątanych sznurków zawiązanych na supły, w które będę wplatać swoje palce. Chcę miejsca jasno określonego, w ramce, z której zeskrobię trochę złota w rogu i zamieszkam w rdzy, albo w ubytku po farbie. Albo będę światłem, które wypacza kolory, albo oczami, które widzą plecy postaci namalowanej en face, i ogródek schowany za domem, i bieliznę zamkniętą w szafie. Chce przyjść jak pojawia się pękniecie na zmęczonych drewnianych drzwiach, jak zmarszczka wyrzeźbiona echem słów. Chce przyjść jak czas, niespostrzeżenie i w ukryciu umościć sobie miejsce na półce w łazience. W sposób oczywisty choć niewidoczny. Na oczach widzów lecz w garderobie.

Tak szukam prześwitów. Łamliwego tynku i nierównych cegieł. Szukam ubytków, w które palec wsadzę i albo się przebiję na drugą stronę, albo wydrapie jakieś serce. W każdym razie będę.

Reklamy