pierwsza miłość

Słowa falbanką płyną już do twoich ust prosto, budują most. Szykują się na ekspansję nowych terenów, podbijają nowy, wspaniały świat. Kładkami zapachów, aksamitów i tiulów biegają w tę i z powrotem jak obładowane mróweczki i przenoszą wszystko w twoje miejsce. Bo znalazły się nowe półki na książki zalegające w okolicach łóżka. Przestrzenie na rozmach, nieznane drogi do wydeptania. Zachód słońca oddalił się o kolejny horyzont, oddech nabrał głębi. Nagle szerzej mogę rozpiąć ramiona, bez obaw, że mi wszystko z nich ucieknie. Kamienie pięści, gdzieś wypadły. Mogę chodzić, poznawać, wymieniać … (od)dawać. Otwartymi palcami. Mogę biegać do ciebie z malinami, tą falbanką jedną. Bez końca nie tracąc tchu. Dorosła(m).

Mogę pończoszką przesyłać myśli, obrazów pełne. Jedwabne. Cieliste. Delikatne.

Rękawiczką jedną mogę twarz obrysować, wygładzić, zetrzeć chwilę ostatnią, a tą, co jest, na długo zostawić.

Buciki mogę zapomnieć tuż za drzwiami. Boso będę odtąd stąpać choćby po szkłach.

Kapelusik pełen zdań bezdźwięcznych jeszcze, tu na stół odłożę, na zachwilę. Może przecież spaść, gdy będę z tobą tańczyć.

Jeszcze wstążki , spineczki, łańcuszki i korale.

Oto ja …

Kobieta stoi nad przepaścią. W królestwie swoim, z którego wyniosła lukier i dekorację.

Kiedy pękły falbany i słowa nie miały dokąd pójść, a ona została na innym brzegu niż chciała, była uboższa o suknie i ciało.

Zimno jej teraz tylko zostało.

Reklamy