akt

W szeleszczących papierkach od słów jak w biżuterii się przechadzam. Gdy kroki stawiam, szumię echem wyznań. Gdy rękę do góry podnoszę bransolety dotyku cichutko szepczą moje imię. Twój oddech wokół szyi delikatnie się mieni.

Wszyscy na mnie patrzą. Pierwszy raz. I wcale się przed tym nie bronię. Idę jeszcze dalej.

I nocami, niczym siostra siedmiu chłopców zamienionych w łabędzie na drutach plotę mapę świata. Szybko placami przebieram po oczkach ścian, schodów, stołów i parapetów. Ubieram w kolory świat. W słowa szeleszczące, żeby szybciutko przykryć ulotność dnia i trzepot rzęs, gdy na mnie tak patrzysz. Muszę wszystko złapać w siatkę biednego rybaka, którego pewnego dnia spotkało szczęście. Zatrzymać na ołtarzu. We wzór wplatam twoje kroki, obrazy jak bukiety kwiatów, które kwitną gdy przechodzisz chowam pod błahą powierzchnią rzeczy codziennych. Ziemię zaciskam w rękach, po kieszeniach chowam, żeby czuć w innej chwili chłód tamtego lata wymieszany z ciepłem zdań, z dotykiem powietrza. Jak szyld zawieszam wyznanie nad stołem w kuchni albo próbuję je wyryć nad drzwiami do sypialni, wyhaftować jak metkę na ubraniu i czuć jak drapie w kark. Na długo. Prześcieradła narzucam na wklęsłość w fotelu i na przeczytaną gazetę, bo świat chcę uchronić przed zgubnym czasem, zmarszczki zostawić na materiałach, nie rzeczach.

Już wszystko ubrałam.

Teraz swobodnie mogę chodzić po wszystkich ulicach, nawet tych obcych. Wytwornie odziana, mogę wzbudzać zachwyt i już się nie boję, bo mam na sobie puszyste futra, miękkie atłasy i jedwabie monologów. Jestem uzbrojona. Bezpieczna.

Tylko …

Ta kobieta miała na sobie podobną suknię, a tamta buty, dokładnie takie same. Inna na szyi miała identyczne korale a mówiłeś, że moje były na zamówienie, dopasowane …

W jakiejś przypadkowej bramie się chowam, żeby sprawdzić, że wszystko wciąż jeszcze mam na sobie, że moja wieża jest nienaruszona, że mam miecz i zbroję. I choć nie muszę twoją bronią walczyć, bo przecież tylko ja ją dzierżę, to wciąż wierzę, że poczuję moc tamtych dni i że zawsze tak będzie.
Jestem  Cohenowską Zuzanną, jedyną, niepowtarzalną, niezniszczalną.

Kto uśpił moją czujność. Co stało się z moją biżuterią. Czym są teraz tamte zdania, skoro moja skóra przez nie prześwituje. Skąd mam wziąć materiały na nowe suknie. Jak mam się ubrać, żeby żyć. Skąd słowa wydobyć, kiedy gardło suche a usta okaleczone bólem…

Zupełnie naga po pokoju się przechadzam. Gdy kroki stawiam, nie słychać nawet wiatru. Gdy rękę podnoszę, na policzkach rany po paznokciach tylko czuję. Moja szyja jest czarną czeluścią, do której wszystko wpadło. Zniknęły wszystkie futra i suknie.

Przeczekam.

Ale zanim wstanę na mocniejszych nogach, odziana i wyjdę po mleko, muszę na chwilę zasnąć. A potem odejdę od siebie. Daleko.

Reklamy