słowa

Czasami słowa padają obok, jakby chciały sprawdzić, czy rozkwitną na kamieniach, czy nie ześlizgną się po mchu do błota. Może nie mieszczą się w swoich szufladach? A może ich po prostu nie lubią.

Rozumiem tą chęć wysunięcia stopy spod kołdry, żeby zająć trochę inną przestrzeń niż łóżko, żeby nabrać kształtu z wybrzuszeniem, które będzie gdzieś wystawać poza wyraz. Rozumiem wszystkie skarpetki i krawaty, i sznury biżuterii, które próbują uciec od przeznaczenia i przymierzyć się do nowych figur, do nowych układów, najchętniej tych dowolnych.

Rozumiem też słowa, gdy ślizgają się niepewnie po obrzeżach warg, jakby przed chwilą założyły łyżwy i nie umiały się jeszcze utrzymać w pionie. Rozumiem te niepewnie, co nie wiedzą, czy by chciały uciec, choć z plecakiem już stoją u progu. I rozumiem te, które w szalonym pędzie turlają się z górki w bliżej nieokreśloną przestrzeń i liczą na to, że zatrzymają się przy brzegu jakimś, zwycięskie. Albo gdy przegrane, utoną szybko niesione prądem rzeki.

I rozumiem te, które drobnymi rękami kopią doły, by zasiać w nich jakąś inność, jakąś wolność od murowanych domów, od sztywności ram, od historii. Gdy po raz tysiączny próbują łzami wydrążyć skałę i naiwnie wierzą w przełom, zanim padną wyczerpane.

Kocham je wszystkie. Nawet teraz, gdy uciekają ode mnie coraz częściej, ja też naiwnie wierzę, że choć skałą im byłam, wrócą z nową siłą, z plecakiem pełnym różności, które pewnego dnia przede mną rozłożą. I znów nie będę sama.

Reklamy