Spojrzenie, które kłuje w serce i dźwięk, co rozpiera się w płucach jakby wciąż miał za mało miejsca. Słowa, które nie mieszczą się w ustach i te co nie mogą się zdecydować na kształt, tylko ręce wysuwają z ust i jak ogniki liżą powietrze, a przyłapane z wystawionymi językami uciekają z powrotem, jakby nigdy ich w tym miejscu nie było. I potem już tylko ugniatają gulę, jak ciasto, które ma wchłonąć całą wodę.

Coś się tli, jakiś dym gryzie, zanim rozpalił się ogień. Albo ogień się pali za drzwiami, których nie umiem otworzyć. Albo boję się ich szukać. Nie wiem, co mogłabym znaleźć. Nie chcę teraz przemierzać korytarzy, nie wiem, co się dzieje, czy nie utknę w piwnicy jakiejś bez widoków. Czy mnie nie zagryzą dymne potwory. Boję się spuszczonych psów.

A może w komnacie Sinobrodego palą się dowody jego zbrodni, ale przecież wówczas byłabym  …

Może palą się zasłony… a wtedy muszę …

Otwieram okna i biegnę … biegnę, biegnę …

…ubrać duszę

Reklamy