aafot. Anna Wołoch

zmierzch otwiera drzwi, słowa pukają cichutko, przyszły odpocząć. nie tańczą ale też nie zasypiają. przemykają mi między ustami wielokrotnie, w różnych szatach, bym mogła zbadać ich smak. każdy.

nie wybieram. pozwalam chropowatym dłoniom przeciskać się przez wąskie korytarze, niezdecydowanym ruchom utykać w zawieszeniu i wracać do ciała i zaczynać od początku znów i raz jeszcze. i jeszcze. i doskonale wiem , że przez próg nigdy nie wyjdzie idealnie piękna pani, ubrana do ostatniej wstążki, że raczej przez dziurkę od klucza będzie się wahać. ale pozwalam jej na wielokrotną drogę od pokoju do kuchni, choć zostawia na niej tylko czas, bo ślady znikają szybciej, a na dobrze jej znanej drodze niczego nowego nie uzbiera. niektóre słowa nie mogą wyjść przed tym, co musi się stać, bo stanie się byłoby tylko pustymi zdaniami, nie faktem, byłoby tylko zapachem, wiec lepiej zaczekać na kwiat.

z ustami pełnymi niedojrzałych owoców usiłuję przełykać nasączoną nadzieją ślinę i gasić gorycz, kiedy po raz kolejny żadna roślina nie wzeszła. nie będę płakać. jestem ogrodnikiem. będę czekała.

Reklamy