babcia

Siedzę głodna nad książką kucharską i palcami wybieram z płaskich kartek to, co najbardziej syci oczy. Nie umiem gotować ale wiem, co mi smakuje, co ty lubisz, wiec niemal wkładam do koszyka poszczególne produkty, żeby za chwilę zmieszać je na nowo w innej kolejności i innych proporcjach i zrobić coś, co nie przypomina dokładnie niczego tylko to właśnie, czym nie jest.

Moja babcia tak gotowała, zawsze wybierała ścieżki biegnące w zasadzie donikąd, kończące się urwiskiem, na który znajdowała jakiś eufemizm. Zawsze miała pomysły tak jednoznacznie logiczne jak szlak biegnący dróżką między drzewami. Musiał dokądś prowadzić, choćby to miała być katastrofa. Po drodze natomiast było wiele ciepła, wiele słów, skorupki po jajkach i zapach smażonej cebuli, który nie dawał oddychać. Pośpieszne pakowanie walizek na podróż, żeby jak najszybciej dotrzeć do grzybów, do jeżyn, do jakiegoś bezdroża, na którym to już tylko usiąść i płakać albo się zebrać i wrócić. Żeby potem spróbować jeszcze raz. Nie raz ziemniaki nie zdążyły się ugotować, albo śmietana nie ubiła się tak jak trzeba, bo nie miała czasu napuszyć sukni. Wiec jej babcia dokładała koronek, dmuchała i chuchała wznosząc oczy do nieba i wszyscy wierzyliśmy, że stanie się cud. Bo przecież babcia chciała, żeby się udało. A potem nie mniej nerwowe bieganie po lesie. Tyle dróg…Te wszystkie owoce, których nie zdążyliśmy zebrać, których nie zauważyliśmy w pospiechu, były ofiarą na stole pomyślności. Naszym nieświadomym handlem wymiennym. Maliny za miłość. Grzyby za obfitość …

Nic nie wiedziałam wówczas o tym tajemnym układzie. Ale dreszczyk emocji wibrował pod skórą zawsze tak samo, bo wciąż wierzyłam, że tym razem się uda, bo musi kiedyś w końcu. Że dojdziemy do czegoś więcej niż dary lasu, że zobaczymy coś dalej, że przyniesiemy w sobie coś nieoczekiwanego, zaskakującego. Że zostaniemy pokochane …

Gotuję z rzadka, ciasta przestałam piec dawno temu i kiedy ponownie postanowiłam się zabrać za słodkie wyroby, nagle uznałam, że żadna miska nie nadaje się do wymieszania w niej mąki owsianej z jajkami i orzechami. Spróbowałam wszystkich. Masło też było nie takie, ale innego nie miałam. Nic się nie kleiło a wszystko trwało cztery razy dłużej. Ze trzy razy zaczynałam od początku. Ciastka były smaczne ale nie podobne do niczego. Wróciłam z drogi ale bez jednego buta. Płakałam. Nie chcę tam wracać.

Nie płacz, nie płacz, powiedziałaby babcia, coś poradzimy i posłałaby mnie pewnie zrobić herbatę, a ciastka zrobiłaby po swojemu i wyszły by jeszcze inaczej. I stwierdziłybyśmy, że widocznie przepis do dupy, bo to nie możliwe, żeby nam tak obu nie wyszło. I jeszcze by mi powiedziała, że ciastka do szczęścia nie są potrzebne, że bez nich sobie poradzę. Że wrócę … że zostanę … że mi się uda …

Słyszałam, jak mówiła to mamie.

Wczoraj w nocy.

A może to było nad ranem …

Reklamy