W drodze

Niekiedy potrzebuję czasu, żeby dotrzeć do słów. Żeby je zaokrąglić w ustach, związać w jeden pęczek i wsadzić do wazonu. Idę do nich jakby na skróty i dookoła zarazem, docieram po drzewach, zagajnikach, między stodołą a kurnikiem, jakimś gościńcem brnę, by nagle przystanąć, skręcić w bok i na przepastnej łące znaleźć dźwięk czterolistnej koniczynki, który mam wypowiedzieć. W międzyczasie dotykam językiem listków, badam trawę, mrużę oczy nad obrazami, jakbym była zwierzęciem, które szuka zaginionego. Jestem zwierzęciem, które szuka zaginionego, bo bezustannie gubię dźwięki słów, jak klucze albo zapalniczki i choć je widzę i dotykam językiem podniebienia, to ich kształt wydaje mi się nienamacalny, odległy, schowany za starą zakurzoną witrynką.

Wysypuję resztki rogalików i połamane ołówki ze zbyt dużej torby, która wciąż nie mieści wszystkiego, co powinna. Papierki po cukierkach, których smaku nie pamiętam, albo po tych, które podawałam Ci do ust i tych smak pamiętam doskonale, bo łatwiej mi przychodzi zapamiętanie smaku czyichś ust i obcych słów niż zaznajomienie się z moim domem, który wydaje mi się bardziej obcy niż własny. Może dlatego słowa z niego wciąż uciekają, jakby też mnie nie chciały, jakbym nie pielęgnowała ich wystarczająco, by zachęcić je do pozostania. Jakbym nie zatrzymywała tych małych rąk, kiedy chcą się wymknąć z mojej dłoni, ufając, że to je wystarczająco zniechęci do ruchu. Że wystarczy im wolność, którą im oferuję, ale nie muszą jej próbować.

Chwila nieuwagi i wiatr wyziębia moje ciało. Ściera dźwięki ze ścian, wydłubuje je z nich zostawiając dziury, i będę musiała za chwilę  je zalepić biegając po lesie na kolanach  szukając nazw dla ukrytych znaczeń, bo te zawsze w sobie noszę jak przekleństwo, jak bat, którym pogania się niewolnika, by mimo zmęczenia pracował dalej. Przez jeden moment wystawię język na deszcz, na słońce i na świat, rękoma zagarnę ze stołu całą pulę cukierków o  pełnych melodiach, poupycham je po kieszeniach z szelmowskim uśmiechem na twarzy, żebyście nie mieli wątpliwości, że wygrałam i zasnę. Aż do chwili, kiedy znów będę musiała pójść w drogę. Do słów.

Reklamy