mam za dużo słów. wyrzucam je nocą z szaf i szuflad. spod łózka wyciągam i spod dywanów. garściami do pieca wrzucam a one bezdymnie ulatują donikąd. nie wolno wyrzucać słów. na wiatr. ale co zrobić ze starymi, z tymi cerowanymi wielokrotnie, o które już nawet nikt nie pyta, kiedy wykładam je na zbyt wymiętej gazecie, na rogu ulic. tych co zawsze. co robić, kiedy się szarpią i gryzą, kiedy się biją, mieszają, kiedy się chowają jak czekolada z tyłu szafki, którą znajdę po latach z białym nalotem.

nie mam sił na szukanie, nie mam sił, by krzyczeć. nie mam sił sprzątać.

nie nadaję się do handlu.

moje ręce już nie lepią drzew przy drodze, na których przyjdzie mi wieszać wstążki w razie powrotu. nie chcą być cieniem, kiedy słońce oślepia mi przestrzeń. zziębnięte, do pieca podrzucają garściami poplątane zdania, niczym włosy, których nikt już nie rozczesze i można je tylko ściąć.

głodne, szukają okruszków najmniejszych z twojej kieszeni, naczynia z twoich ust, gdzie zanurzą się palce spragnione milczenia, komnat twego ciała, w których będą mieszkać podczas snu.

wróć do mnie raz jeszcze,

chciałabym dotknąć pełnych zdań

Reklamy