Powtarzam słowa codziennie,
raz dziennie. Albo dwa.
Ścielę drogę jednakowym krokiem,
wydeptuję przestrzeń
za oknem, gdy tylko znika.
Zawsze gdy.
Trawa do góry się podnosi
i nie ma już miejsca po
wspólnym obserwowaniu chmur.
Kruchy sznur naderwała noc
Znów trzeba ułożyć ziemię.
Ze słów.

Powtarzam słowa codziennie,
raz dziennie. Albo dwa.
Sadzę jednakowe kwiatki
dookoła domu.
Do kieszonek zbieram,
żeby już teraz mieć na zimę koc.
Pokruszone nic nie znaczą
nawet zieleni
i rosy nie ma na ramie.
A łza potrzebna
czasami.
Zamiast słów

Bliżej by mi było
Z pustym ogrodem
do pełnego nieba
o ścianach z milczenia
Bo kiedy coś istnieje
to nie potrzebuje
kwiecistych rabatek
wypielęgnowanych słów.

Reklamy