pępowina

Zawsze, kiedy wkładam rękę do środka, zaplątuję się w twoje kreski. Jak pajęczyna oblepiają moją postać, przecinają jej cienką linię, oplatają ją jak bluszcz. Turlają się w nieskończoność i wracają jak bumerang, ostrym ciosem powalając na ziemię.

Twoje dłonie, całe w kreskach.

Kiedy się zbieram z rozsypanych resztek, wszędzie widzę twoje nici. Kawałki konturu chcą służyć mi za rusztowanie, i mimo że wolę sama po murze piąć się w górę, wsuwając palce w szczeliny, nie dajesz za wygraną i podstawiasz choćby drabinę.

Jestem w kreskach szczelnie zamknieta.

Tysiąc razy chcę zostawić to wszystko i uciec, wziąć się z niczego raz jeszcze albo pierwszy raz. Pozlepiać dom z kawałków lasu, porzuconych kartek, wypleść nici z własnych włosów, wzrosnąć w górę z ruchem rąk. Swoimi palcami wyżłobić stopnie na skalistych graniach.

Chcę zdjąć sweter.

Uciekam od siebie w nieznanych mi ludzi, w obcych światach, żebrzę o koc i kawałek chleba, ale nikt nie rozumie moich słów. Zmieniam kontynenty, przekraczam granice, przepływam rzeki. Uczę się nowych praw, lepię sobie nowe ciało, w którym mieszka coraz więcej nowych twarzy. Robi się gwarno, duszno, głośno i coraz mniej rozumiem z tych przekrzykiwanych szeptów. Ale się nie poddaję. Z nierównych słów zlepiam każdy dzień, który co rano odznaczam w wielu kalendarzach, bo nie wiem, który czas jest moim. Nie, nie pogubiłam się, odnalazłam się gdzie indziej, tylko nie wiem, gdzie to jest.

Szukam.

I tylko kiedy biegnę, jestem szczęśliwa. Pomiędzy światami, przed i po ale jeszcze nie w trakcie, opuszczona ale pozwalająca się odnaleźć, wystawiona na dłoni i schowana za jedną z twarzy, budująca z kawałków i tuż po rozpadzie, lepiąca w glinie nieumiejętną dłonią, poszukująca właściwego ucha do niewłaściwego dzbana… już się stopa oderwała ale jeszcze nie opadła.

Jestem w górze.

Tylko czasem, kiedy marznę, sięgam pamięcią do plecaka… a tam tylko stary sweter. I czuję, jak pajęczyna oplata moją postać a w dłonie wbijają się twoje kreski …

Dziś nie mam dokąd uciec.

 

Reklamy