transatlantyk

ogromne połacie, jak kontynenty dryfują po wzburzonych morzach. czasem wdrapuję się na ich brzeg, żeby odpocząć zanim znów wpadnę w przepaść. badam grunt bosymi stopami i naga tarzam się w piachu. muszę być otoczeniem. stać się drzewem, kamieniem, strumykiem. uczę się mówić nowym językiem, choć wokół cisza i mówię tylko do siebie.

są ludzie, którzy wciąż pływają, na nitce niestarannego szwu, miedzy skrawkami materiałów, wynurzając głowę spomiędzy fastryg. miedzy dźwiękami znajdują pustą przestrzeń dla siebie, wyciszony, otwarty choć zapomniany kąt z jeszcze świeżym powietrzem. nieustannie po linach przesuwają się z jednego drzewa na drugie, z jednego słowa na inne, omijając kropki, czy wszelkie łączniki, zdają się na drogę wyszukaną pod palcami, wyniuchaną tęsknotą za dreszczem na skórze.

bezdomni na tratwach z własnych ciał, ufni mięśniom, płyną obrzeżem wyspy.

nigdy nie wołają s.o.s. ale mogą ci pomóc …

Reklamy