portrety (3)

Jeszcze ludzie bez imienia. Niepoliczalni w mnogości swoich osób, w fragmentaryczności swoich gestów, niespójni w gatunku materiału z którego są. Jak woda wylewają się z dłoni, uciekają w każda możliwa przestrzeń, w której ich nie ma. Ludzie z otwartymi oknami i drzwiami, przez które wszystko wpada i wszystko ucieka. Jedynie w kącie głowy zasychają pojedyncze ziarnka myśli i kurz wspomnień.  Ludzie rozproszeni w czasie, bez początku i bez końca, jakby ze snu wyrwani, w połowie kroku sfotografowani i nikt nie wie, czy chcieli pójść, uciec, czy tylko skaczą z radości albo spadają poranieni na ziemię. Środek zdania, bez fundamentu i dachu. Może być wszystkim, krzesłem, dywanem, szafą, prześcieradłem. Bezużyteczny przedmiot, który może posłużyć do wszystkiego. Rozstaj dróg, na którym dzień pomylił się z nocą, gdzie wszystkie możliwości są otwarte, łącznie z tą, aby pozostać. Porzucony dzbanek, któremu brak ucha, albo dna i przyda się tylko do nieprzeznaczonego mu celu.

Ludzie jak nitka wypruta ze środka pleców ulubionego swetra, od której zaczyna rosnąć dziura…

Ich powielony kontur z powietrzem wokół tworzy niepowtarzalny smak, nieokreślony, kuszący, intrygujący, niepokojący. Gęsty, stąd wrażenie istnienia. Bezdotykowe dźwięki, które po sobie zostawiają, są jak szepty ptaków w lesie, tak oczywiste, że niesłyszalne. A oni tak zwyczajni w swych fragmentach pajęczyn, że stali się niewidzialni. Tylko czasem samotność napoi rozpostarte pod nimi dywany traw i wtedy można poczuć wilgoć pod powiekami.

Reklamy