portrety

Są ludzie jak strumyki szemrzące, płynące z pozorną energią wyznaczonym korytem. Woda z jedną zwrotką na ustach, którą śpiewa wszystkim mijającym drzewom. Woda, jak welon ciągnący się za ostatnim słowem, już całą drogą do kościoła przybrudzony, już w kurzu ludzkich szeptów, już w zapachu cudzych słów. Już nie budzący podziwu, już bez majestatu, bo uroczystość ktoś oblepił plakatami tej zwrotki jednej, z której wiatr zdążył wyskrobać całą treść.

Na pozór dumna idzie, suknia przez ramię przewieszona, przed ludzkimi językami schowana a na ludzkie oczy wystawiona. Patrzcie, jak nic nie mówię, gdy idę. I suknię tak podnosi, nie żeby ją od ziemi ciężkiej uchronić ale żeby poranioną stopą jak obcasem czyjeś palce przydeptać. Żeby nie mówiąc powiedzieć, wykrzyczeć, znów ten sam refren wyśpiewać, z wiatru na powrót pozbierać sens.

Na pozór z boku. Na pozór treść krzesła albo kanapy, ale koniecznie z wzorzystej tkaniny, koniecznie z rozdarciem na samym środku, z łatą choćby na poręczy. Godność buduje na nierównym zszyciu, na niedopasowanej nitce. I wypycha je jak brudne dzieci na ulicę, by litość wzbudzić i na życie zarobić.

I niezmiennie zdziwiona, że w ręce nikt wody nie nabiera, by pragnienie ugasić, że stóp nikt nie zamoczy by się ochłodzić, że za suknią nikt się nie ogląda i ran nikt nie dotyka.

I rozczarowana, że nikt nie wzdycha nad szpetnym rozdarciem delikatnej materii, że nikt na dostojnej kanapie nie siada.

Są ludzie jak strumyki szemrzące, płynące z pozorną energią wyznaczonym korytem. Woda z jedną zwrotką na ustach, którą śpiewa wszystkim mijającym drzewom.

Reklamy