I spotkania ze skórą, kiedy spod dłoni wydobywa się nowa melodia. Ta sama którą od lat próbowałeś grać, lecz za każdym razem myliłeś dźwięki albo żałośnie fałszowałeś. Dotykasz ziemi, palcami wymieniacie spojrzenia z niedowierzaniem czucia. Próbujesz do siebie mówić, bo nie wiesz już, czy ty to ty, sprawdzasz, czy głos zgadza się z ruchem warg i błądzisz po nich rozgorączkowanym spojrzeniem, bo pierwszy raz takie usta widzisz. Zbierasz rękami aksamit jak szwaczka, ale nie chcesz niczego szyć, tylko w dłoni zaciskasz uporczywie cały materiał, jakbyś nadzieję miał na igłę, która cię nagle obudzi. Bo jesteś już w drodze, już pociąg dawno ruszył z peronu, stukot kół zrobił się miarowy i wszyscy zdążyli pochować białe chusteczki, tylko ty nie jesteś pewien tej drogi i tego, co przyniesie, bo zawsze jeździłeś trasą w drugą stronę. Więc chciałbyś uciec zostawiając ciało lub odesłać ciało i zostać. Ten dysonans określa ci przestrzeń. Na nowo musisz ją oswoić, umeblować, szmatka przeczyścić, palcem dotknąć.

Nieśmiało i cicho zaczynasz nucić. Bezwiednie wysuwasz ciało spod rąk, odkładasz nuty od słów, rozbierasz zdania do naga, spojrzenia uwalniasz ze znaczeń. Warstwa po warstwie, cierpliwie nanosisz drogę na mapie.

Jeszcze gdzieś na biodrach został kawałek spódniczki, na ramionach trochę włosów. Niedotykanych. Jeszcze policzków nie zmoczyły wszystkie łzy, stopy  nie znalazły swoich butów. Ale gra spod palców powoli zaczęła zapełniać twoją przestrzeń, więc tańczysz i wyśpiewujesz dotyk.

Do następnego spotkania.

Albo jeszcze dalej.

Reklamy