Spotkania

Są spotkania, które zostawiają po sobie słowa. Zasiane jak ziarna, kiełkują, oplatają, zniewalają, kradną oddech. Rozsiadają się we mnie, jakby to było ich miejsce, jakby od zawsze tam żyły, choć nijak nie pasują ani do otoczenia, ani do mnie. Zabierają moją przestrzeń wymachując rękami i przestawiając moje figurki. Zdziwione, kiedy je ignoruję, obrażone, gdy ich nie chcę. Spotkania jednorazowe, zbyt krótkie, by mówić o jakimkolwiek trwaniu, zbyt uśmiechnięte, by mówić o szczerości, zbyt przegadane, by mówić o treści. A jednak z ust wypadają słowa – kamienie do mojego ogrodu, bym poraniła sobie nimi stopy, żebym się schylić musiała, uklęknąć, może posprzątać. Spotkania, które chciałby być drzewem, choć nie mają ziarna, a nawet gdyby miały, nie trafiają na podatny grunt. Spotkania zachwiane od samego początku, bez zanurzenia, zdziwione, że kładą się na ziemi przy małym podmuchu, że przechodzę nad nimi w dalszą drogę, że nie podnoszę, gdy leżą, że liści z nich nie zrywam na pamiątkę.

Albo spotkania, które zostawiają na półkach parę słów, ot tak by wrócić lecz nie po nie, ale by donieść im towarzystwo, żeby potem obiad ugotować z tych słów nazbieranych, obfitych, tłustych, tak podobnych do siebie, tak mało odżywczych a tak ciężkostrawnych. Spotkania jak zapomniana parasolka, zbyt zniszczona, żeby z niej korzystać i zbyt zniszczona, żeby po nią wracać. Spotkania, jak szafa, do której wkładasz sukienki z czasów, gdy byłaś grubsza brzydsza i nie taka, bo musisz zapomnieć o tych kawałkach ciebie, przecież mieszczą myśli pełne trucizny i jadu, mieszczą życie, które biegło w inną stronę, inną linią, korytarzami pełnymi ciemności i wilgoci. Więc podrzucasz je jak kukułcze jajo, które teraz drąży nowe tunele gdzie indziej, już nie u ciebie.

I spotkania ciche, długo szeptane. Spotkania pełne zaglądania w okno. Z ręką zawieszoną nad kołatką, zbyt nieśmiałą, by zapukać. Spotkania jak spacer ulicą, przy której stoi dom. Ten. To. Spotkanie.  Spotkania poczęte z zapachów, z jedwabiu przestrzeni, z dotyku powietrza miedzy domem a ulicą. Z uchylonego okna, z poruszonej firanki, z zarysu postaci, która za nią stoi. Spotkania – kroki stawiane zawsze w dobrym miejscu. Spotkania – ślady, w których mieszczą się tylko 2 rodzaje stóp. Twoje i moje. Spotkania, na które wciąż zapominamy przynieść chleba i wina i w konsekwencji rozstajemy się głodni.  Spotkania pełne początków, które odkładamy na przeczekanie, bo tylko początki są przyjemne, bo tylko pierwszy pociąg jest zapowiedzią największej liczby możliwości, jest najszerszą mapą, największym światem.

I spotkania co rusz zaczynane od nowa, znajome i obce zarazem, gdzie w lustrze odbija się twarz rozmówcy. Gdzie zanurzasz się w znajomym cieple obcej materii. I błądzisz po lesie żywiąc się jagodami, zbierając grzyby i szukasz polany na miękkie posłanie. Spotkania z niepościelonym łóżkiem i śnieżnobiałym obrusem na stole. Spotkania jak spacer wkoło domu, z otwartymi drzwiami.

Zdarza się, że ktoś przechodzi  przez próg …

Reklamy