ściskając w ręku kamyk …

Czemu ludzie czasem tak bardzo męczą spotkania, wciąż ich dotykając, sprawdzając, składając w kancik i rozkładając, aż je opatrzą dziurami. I przez te dziury uciekają dni, wycierają się znów do pustej kartki przezroczystego powietrza z nieodczuwalnym podmuchem wiatru. I blakną kolory a faktura staje się szorstka i nieprzyjemna, i zamiast nosić ją pod ręką, odkładam na dno szafy, próbując zapomnieć.

Dlaczego czasem obarczamy chwile tobołkami swoich trosk, należących do zupełnie innego czasu, czemu topimy je, jak niechciane kotki w za zimnej rzece naszego rozżalenia, zgniatamy je nerwowo, jak bąbelki w kopercie ochronnej.

Czemu czas bywa ścianą, którą wciąż musimy dekorować nie koniecznie gustownymi obrazkami, żeby zapełnić wszystkie szczeliny, plecak upchać do wypukłości wszelakich a potem nieść, i nieść, i nieść. Patrzyć, patrzyć, patrzyć aż do białości, aż do zniknięcia.

Czemu nie damy czasowi przestrzeni, żeby się rozsiadł w nas jak matrona, jak kapryśna królowa, co nogi podpiera na ramionach poddanych. Czemu boimy się tego przesycenia byciem, niech się wylewa z kielichów, nie będę na później zbierać.

Czemu już tylko kamyk stwardniały w dłoni zaciskam, tak długo, aż przyjdzie mi w nim cisnąć o podłogę. I nie zostanie mi nic, z początku zdania. Nawet pomysł. Nawet myśl …

Może jedynie dziura …

Reklamy