kiedy rusza pociąg

Kiedy wsiadam do pociągu, jestem jeszcze pełna. Jeszcze nic się nie chwieje, jeszcze wszystkie światy są na miejscu. Ale kiedy tylko pociąg rusza, czuję jak odczepiają się wagoniki chwil i pozostają na peronie. Zmieniają się w bezkształtny dym pamięci, rozwiewają się bezpowrotnie i znikają. Zadowolone, że były.

A ja nie wiem, czy były.

I jest tak, jakbym nie zabrała dowodów na poprzednie istnienie, jakbym zapomniała spisać adres najlepszej przyjaciółki z wakacji, uniemożliwiając ponowny kontakt. Kiedykolwiek.

Jakbym zostawiła w domu otwarte okno, przez które po cichu, jeden za drugim, uciekną krzesła, stół i łóżko.

Jakbym wyszła z pożaru, choć nie cało.

Jakbym zapomniała zabrać płaszcz z poczekalni u lekarza i czuła, że nie uda mi się po niego wrócić. Bo są miejsca, które były tylko przed chwilą, tylko dla mnie, tylko na jeden raz.

I są spotkania, które nie miały ram, były szkicem, zapowiedzią nieistniejącej drogi. I jest czas, który płynie równolegle, ale w żadną stronę.

Są chwile, w których nie oddycham.

I świat, który nie istnieje, choć w nim mieszkam.

Ktoś urywa pojedyncze wyrazy ze zdań, których znaczenia już dobrze nie pamiętam. Mam mało czasu, żeby wszystko odbudować. Denerwuję się, że tak wiele zgubiłam. I nic nie rozumiem.

Odjeżdżam albo gubię czas …

Reklamy