obłęd

jest późny wieczór.

palcami po omacku dotykam klawiszy mebli i ścian, z których składa się mój dom słów. obce są dźwięki. próbuję głosem myśli wydrążyć sobie tunel, którym przepcham moje ciało, do przecinków, znaków zapytania, wykrzykników i kropek. na ziemię. zanim utknę w ciemności przerażona brakiem, mozolnie pełzam, w ciasnych pomieszczeniach uprzedzeń lub zastanego świata, który niekiedy mam za świątynię więc nie śmiem go naruszać. za oknem trawniki, lecz lękam wystawić się na ostrzał, boję się też krzyczeć, gdy przejeżdża pociąg, bo potrafię głośniej, szczególnie w najlepiej znanym mi języku. emocji. wtedy ptaki uciekają na zawsze.

w takiej ciemności błądzę nieświadoma czasu i przestrzeni. przerażona, zrozpaczona, zawiedziona. zmieniłam kształt, obudziłam się robakiem i na nowo poznaję świat. po ciemku. wsłuchuję się w głosy, ale w ciszy szepczą tylko moje własne. tłumnie. żadnego nie poznaję.

hałas staje się nieznośny.

krzyczę tak głośno, że sama muszę zatkać uszy. jeszcze nie wiem, że jestem odcięta od świata. nie ma mnie w świecie, który miałam za najbezpieczniejszy.

w mojej głowie.

 

Reklamy