rękawiczki, dla których nie ma już rąk

ciągły szmer, szelest, szum utopione słowa w nadmiarze dźwięków. sprane zużyte ubrania, dziurawe wyrzucone do rzeki ścieków, która płynie niewiadomodokąd.

rozlane wiadra pozlepianych liter, wylewają się w przypadkowych miejscach, najczęściej pod schodami jakiegoś domu, jakiegoś akapitu, który miały wyścielać, ale nie zdążyły

jak papierki od cukierków wypadają z rąk, trochę przez wiatr przechwycone, trochę upuszczone dyskretnie, bo przecież tyle ich jeszcze w kieszeni, a jutro przyjdą nowe.

nieskończone rękawiczki, których nikt nie nałożył na żadne ze znaczeń, na żadną istotę, walają się pod nogami trochę niepotrzebne, przydeptane. trochę przyciągają wzrok kolorem odmiennym, ale na chwilę tylko, bo w sumie wszystko to już gdzieś było, a już na pewno będzie. można mówić dalej, nie mówić, wypuszczać puste bańki o kolorach powielonych.

nadprute swetry, spod których wystaje zdeformowane zdanie, rozczłonkowana postać wypowiedzi, która czeka na swoje miejsce i marzy o właściwym kształcie i wnętrzu wypełnionym po brzegi treścią. ale jest tylko głód, pusta ziemia bez zakamarków i traw i ani wbić pazury, ani chwycić za słowo.

pustka.

srebrne monety w kieszeniach ukryte na czarną godzinę, przynoszą mi ukojenie.

Reklamy