w garderobie

Przecież zawiesiłam na rzęsach najpiękniejsze brylanty i słowa ukryłam za ta starą kotarą. W garderobie myśli pudrowałam gesty wszystkie, w zagięciach łokci miękkie owale,  rozgadanym palcom odważniki odbierały rozmach.  Powściągliwy posąg. Wystudiowana kwestia moich uczuć pieczołowicie wklepana w szyję, była gotowa nadstawić kark.

Tysiące luster o każdej twarzy. Nie poznam ich wszystkich. Np. te maleńkie pokoje dla służby w zamku. Nikt do nich nie chodzi przecież.  Tam też sprzątam zimną podłogę. Ustawiam krzesła pod ścianą. Robię miejsce dla siebie, żebym miała z czym do ciebie przyjść. Scena wszak nie moja.

Nadal jestem wodą, zebraną w garści, uciekającą z nowych miejsc. Z każdych miejsc. Oswojone marzenie tęskniące za dzikością. Chciałam być i odchodzić, w dźwięku pozornego zobojętnienia, zatrzymywana wzrokiem odwróconym. Szukającym ucieczki i tęskniącym za przystanią. Jesteśmy tacy sami. Musimy maszerować w kierunku.

Na afiszu kilka liter zniknęło z tytułu. Wciąż przychodzisz. Ale to już nie jestem ja.

Wybraliśmy równoległe drogi.

Reklamy