A zakupy kobiecie kaplicą.

Moja szafa nie ma drzwi, więc nie muszę jej otwierać, żeby widzieć, jak pełnią swoją do oczu mi skacze i próbuje wyrzutem w sumienie się wgryźć, kiedy ja tak stoję i paczę i nie mam się w co ubrać. I wcale nie jest to wymówka rozkapryszonej kobiety, nadmiernie hołubiącej wszelakie okrycia ciała swego. To jest fakt autentyczny, udowodniony.

Proszę bardzo:

Idzie kobieta do sklepu, do galerii najchętniej, bo tam dużo sklepów w jednym miejscu, a na dodatek jest to jedyna przestrzeń, w której kobieta wspina się na wyżyny swoich umiejętności orientacji w terenie i nie gubi się nigdy. Tak więc centra handlowe podnoszą nasze morale. Wchodzi więc kobieta do sklepu i bierze bluzki, spodnie, sukienki w dwóch słusznych rozmiarach, za małym (jesteśmy ambitne i lubimy wyzwania) i za dużym (nie można się męczyć całe życie). Z naręczem ciuchów wchodzi spokojnie do przymierzalni, gdzie tylko do 5 sztuk można, pomylona z personelem, bo przecież żadna klientka tylu ciuchów by sama z siebie nie dźwigała. I zaczyna się wojna. Zanim spodnie rurki się wcisną do kolan, pół litra wody plecami do majtek spłynie, by utrudnić wspinaczkę materiału do rozległych połaci tyłka. Kilka głębszych i kilka płytszych oddechów, by jeden mocny bezdech ciało skurczył, jak torba próżniowa, w którą pakuje się pościel. Teraz parę  strategicznie przemyślanych ruchów, które kobiety mają opracowane do perfekcji i proszę flaga na maszt zatknięta. I w końcu po zawziętej szamotaninie ( nie bez kozery się mówi, jak się baba zaweźmie …), guzik zostaje dopięty w miejscu newralgicznego kompromisu, tzn część ciała jest w spodniach, część wystaje ponad (upchniemy je w bluzkę). Szczęśliwa, choć zmęczona kobieta, chciałaby usiąść, spocząć, bo przecież to początek dopiero, ale się orientuje, że nijak nie może, tak szczelnie w te spodnie jest zapakowana. Więc zarządza wojskom palców odwrót, skoro zamek został zdobyty, zgrabiony i pokonany, czas wrócić do królestwa rozmiaru swego.

Teraz przymierza rozmiar za duże, by uwypuklić kontrast, aby stwierdzić, że tu wisi, tam odstaje, do dupy takie ciuchy, wyglądam jak po starszej siostrze. Zanim jednak zdejmie, materiał jest już oswojony, krój rurek spasował się z żakietem z zeszłego sezonu, co w szafie tak samotnie wisi i by mu się takie spodnie na pocieszenie przydały. O butach to się jakoś później pomyśli. No ale za dużych przecież nie wezmę, raz jeszcze przymierze tamte. Tamte drugim razem już buntują się wymowniej, gdyż na biodrach zarządzają strajk i dalej nie idą. Raz weszły wystarczy, drugi raz namówić się nie dadzą i już. Kobieta twarz próbuje zachować przed tą, co w lustrze się na nią gapi i udaje, że wszystko w porządku, raz zmierzyła i dobre były, to jutro też będą. A poza tym przecież ona się odchudza. Za 3 tygodnie to w ogóle będą jak ulał leżały. I postanawia, że nawet na zachętę, do motywacji je weźmie. Łatwiej jej wówczas przyjdzie powstrzymać się od tych kolacji winem zakrapianych, na poprawę humoru, na drabinę z doła, w który wpędzają ją nadprogramowe kilogramy. I odkłada mniejsze do kupienia.

Potem jest bluzka. W cyckach przyciasna, ale to stanik sobie kupi inny, taki co biust jej przyklepie trochę, a trochę pod pachy schowa i bluzka będzie jak marzenie. A  ona tą bluzkę musi wziąć, bo przecież ostatnia wisiała. A jak ostatnia znaczy, że zeszły, a jak zeszły znaczy, że modne i że wszyscy takie by chcieli. Ale nie wszyscy takie będą mieli, bo ona weźmie ostatnią. A jeszcze jak się w niej w pracy pokaże, to dziewczyny będą pękać z zazdrości, a ona będzie powtarzać i powtarzać, że ostatnia kupiła i że więcej już nie ma.  A one będą zazdrościć mocniej i mocniej za każdym razem, kiedy na nią spojrzą. Tylko o tym staniku trzeba pamiętać.

Następna jest kiecka. Zamek jakiś dziwny, dopiąć się nie chce, to nic, zmierzy bez zapinania, czy jej w tym kroju i kolorze ładnie, w domu starego poprosi, to jej zapnie raz dwa, co ona się tu będzie w tej ciasnej kabinie męczyć, cały stos ciuchów przed nią, a to dopiero pierwszy sklep. A jak przyciasna będzie, to sobie bieliznę ściskającą kupi, ona ciało zipuje do jednego rozmiaru mniej, będzie jak ulał. Bierze.

I tak w ten deseń do wieczora mniej więcej.

Do domu wraca uradowana taka, w końcu będzie miała w czym chodzić i taaakie zakupy zrobiła i tyle okazów ostatnich ustrzeliła, najmodniejsza w mieście będzie bez wątpienia.

W domu jej się przypomina, że głodna, całe 3 godziny nic nie jadła, a przy tym mierzeniu pewnie ze 3 kilo zgubiła, tyle wysiłku ją to wciskanie się w ciuchy kosztowało, solidna kolacja się należy.

Następnego dnia ledwie wstaje, bo jej jeszcze wczorajsze obżarstwo zalega, wyrzutem sumienia dodatkowo obrośnięte, że nawet nie śmie się wbijać w świeżo zakupione rzeczy, żeby od rana, od poniedziałku, na drogę frustracji nie wkroczyć.

I stoi tak i paczy w szafę pełną, a łzy ciurkiem jej lecą bo portfel pusty, szafa pełna, a ona dalej nie ma, co na siebie włożyć.

Reklamy

5 thoughts on “A zakupy kobiecie kaplicą.

  1. -misiu,które getry mam kupić białe czy czarne?
    -białe…
    -ale misiu,białe pogrubiają…
    -to weź czarne…
    -czarne? mam już chyba ze cztery pary czarnych
    -to nie kupuj wcale
    -wcale?! no wiesz,mam goła chodzić??przecież nie mam co na siebie włożyć!

    🙂

  2. Nie poznaję Cię! 🙂 A sądziłem, błędnie, że tylko bardzo skondensowane formy to Twój żywioł! Super!
    PS.
    ja nawet nie wchodzę do „babskich” sklepów bo mam słabe serce, no i na szczęście w galeriach są księgarnie 🙂

    • kiedyś kiedys zdecydowanie pisałam dłuższe formy choc w takim tonie to raczej rzadko:-) Rzadko mam tego typu humor.
      Ale w necie długich opisów nie chce sie czytac, więc albo zamieszczam fragmenty, albo po prostu ograniczam sie do małych form. Ale jest mi miło, że ci sie spodobało:-)

Możliwość komentowania jest wyłączona.