zimny akt

fot. Artur Malicki

Dziś nawet fale sukien nie szeleszczą. Schludnymi fałdami spływa cisza, i od stóp, ciałem pnie się z powrotem w górę.

Stoję w bezdźwięcznej kałuży liter.

Westchnienie nie otwiera oczu nawet, skoro nikt nie patrzy, skoro dźwięk mowy milczy, poraniony.

Zamknięte okna i drzwi, zatrzaśnięte zdania.

Kropki, rozżarzone węgle, parzą jak zbyt gorąca herbata.

Nie mogę przełykać, wypluwam.

Będę stąpać po trzykropku, by spaść.

Wszystko jest na swoim miejscu, ale żadne z miejsc nie jest już moje. Widzę tylko plecy zdań, które ode mnie uciekają. Nie mam psów, żeby je dogonić,  kazać rozszarpać, albo zębami za gardło złapać i przynieść z powrotem, skruszone. Żebyś się poddał w końcu i przyznał, że stchórzyłeś.

Kradzież nie jest karalna, ale się nie wzbogacisz.

A nagość, to bardzo zimny stan duszy.

Reklamy