zejście z wieży

fot. A Malicki

Kiedy szeptałeś, wplątywałeś słowa w moje włosy. Mogłam (musiałam!) pleść warkocze, po których wspinałeś się do mojej wieży. Zanim dotknęłam twojej twarzy, czułam w ułożonych kosmykach piękno dźwięków, których nigdy wcześniej nie słyszałam. Skradały się do mnie powoli, na twoich palcach, jak deszcz, nasączając wpierw chustę moich włosów, bo potem wbić się pod skórę, do głowy. Coś burzyło dotychczasowy ład, coś zwiększało objętość. Od zewnątrz do środka, kropla po kropli, wślizgiwały się znaczenia oglądane dotąd na witrynach czasopism. O tak, byłam na czasie z papierem i drukiem. Znałam te wersy na pamięć, lecz kiedy szturmem do mnie weszły, podstępnym koniem trojańskim twoich ust, bez pukania, wspólnie śpiewając znaną mi pieśń, uległam, zanim nastąpił refren. Zrozumiałam, że znałam jedynie odbicie w lustrze. Żywe, lecz martwe dla mnie. Nie miałam siły się bronić przed nieznanym. Zostałam pojmana.

Dałam się związać, ubrać, przeobrazić. Dałam się przedrukować z ciała na litery, a literom oddałam swoje ciało. Odtąd, co było martwe, ożyło, co żyło, było szczęśliwe. Przeszłam przez próg, gotowa zamknąć drzwi.

W dół, do wyjścia, schodziliśmy po schodach, teraz wiem, że to był błąd, trzeba było skoczyć i złamać kark. Kiedy nikł twój głos, a ja nie mogłam nadążyć, kiedy myślałam, że się chowasz, dla zabawy, a potem, kiedy jeden niefortunny krok zepchnął mnie z połowy wieży do piwnicy … zdumiona nie płakałam. Jeszcze. Ręce wbiłam w wysuszone zmierzwione włosy, szukając wstążek i kolorowych spinek, których mi nie szczędziłeś. Ale wszystko zgubiło się gdzieś po drodze. Podarły się moje suknie.

Czekanie zsunęło się o kilka pięter, na ziemię. Do piekła.

Dziś, mieszkam na łące, wśród traw. Nie sposób mnie znaleźć, nawet po włosach … choćby ci się wydawało inaczej.

Tego miejsca nie ma na ziemi.

Reklamy