uciekinierka

jeszcze nie biegnę, ile sił w nogach, bo pod skórą mam miękkie krajobrazy i zachwycona zapachem pól Twojego ciała, po uszy same zanurzona w tym zbożu, z którego chleba nie będzie, szczęśliwie palcami przeliczam, ile dni mogłabym się wykarmić, zostając tu na zawsze. lub ile dni mogłabym umierać wiedząc, że owoce tego siewu są niejadalne.

dlatego nie zauważam jak znikasz, spod palców i spod języka, podczas gdy wciąż zapatrzona w niemożliwie błękitne niebo, jestem przekonana, że trzymam Cię mocno za rękaw, jak ulubioną pierzynę, którą nakrywam się nad ranem, żeby noc przedłużyć. ale łóżko nagle twardnieje i nie ma miękkich kapci, tylko obolałe po całym dniu stopy.

i ja jestem sama.

wyrwana.

zapomniałam pościelić, zapomniałam drzwi zamknąć, zapomniałam uciec jak najdalej od tego pokoju, w którym ze mną mieszkasz, ale do którego nie masz wstępu. po wsze czasy.

i stało się. wszystko to właśnie ujrzałeś, spod niedomkniętych powiek, drzwi na oścież otwarte, zdradziły rąbek prześcieradła. nie wpisany w historię jeden moment, jak kropla wody na ręce będzie lśnił, zanim wrota zatrzasnę i zacznę Ci opowiadać o ogrodach u sąsiada. ale wystarczył. ten jeden. teraz wiesz, że istnieje podziemne królestwo, bo ujrzałeś białego, pędzącego królika. choć robię wszystko, żeby tę chwilę rozpylić w niepotrzebnych słowach, oczy na chwilę Ci zawiązać i wyprowadzić z tego tajemnego labiryntu korytarzy, do których ja jedna mam klucz. (bo wcale tam na Ciebie nie czekałam.) tylko ja jedna drzwi otwieram i zamykam, żeby nikt nam nie przeszkadzał. to też zobaczyłeś. klucz miałam zaciśnięty w ręce, w kieszeni. zrozumiałeś, że znasz te miejsca niejako, choć nie wiesz, skąd, bo je po raz pierwszy widzisz. i na swojej koszuli przez chwilę poczułeś zapach łez, jak po świeżym praniu i ciepło rąk, co jak żelazko gładziły Twoje ramiona. a moje ręce przecież były daleko. i policzek jeszcze, choć pomarszczony w pustym uśmiechu, jakby chwilę temu wygładzał wszystkie zgniecenia, gorący od żaru słów, które w sobie mieścił. był żelazkiem z duszą.

ta mała chwila, która tak nagle Cię ukuła, że nie zdążyłeś nawet jęknąć, już powoli traci swój kształt. nic nie mówisz, bojąc się, że twój głos ją do reszty spłoszy i nawet cień nie zostanie, nie mówiąc o zgubionym bucie kopciuszka. a ona była jak krzyk w środku miasta nocy, który słyszysz, zasypiając i nie wiesz, z którego świata pochodzi. jak dźwięk, co wybija północ, granicę między dniami, płynną, jak woda, do której możesz wrzucić wszystko, a ona to bezszelestnie niemal uniesie gdzieś za horyzont, do którego być może nigdy nie dotrzesz.

twoja niepewność, ogrody sąsiada i moje drzwi zaciśnięte, spoglądające w jakieś obce okna. puste. jeszcze Ci się zdaje, że palcami trzymasz się parapetu, a potem wokół domu krążysz, ale wierz mi wszystko zniknęło. cisza na polanie. już nic nie ma.

nawet mnie, bo musiałam uciec na zawsze, bez Ciebie. bo tam gdzie Cię nie było żyłeś, a tu gdzie jesteś, Cię nie ma. więc biegnę teraz sama już po linii dźwięków nocnego zegara, nie mogąc się zdecydować, w którą stronę odejść. żeby uciec i zostać jednocześnie.

nie umiem Cię opuścić. żadnego

z ręką na Twoim ramieniu, za zamkniętymi drzwiami, gdzie nie mając wstępu, będziesz. chcę żebyś mnie tam drugi raz odnalazł.

ale już naprawdę. obiecuję, podam rękę.

chyba że …

Reklamy