w drodze do …

Moje ręce drżą, od ciała niezależne, ale przypięte osobnością jakąś i bezczuciem.

Dotyk zostawiam oczom, które, gdy zmęczone, spoczywają na załamaniach twarzy i krajobrazów, by czasem na zupełnie długo zasnąć. Mam jeszcze stopy, jak wszystko inne, nie moje, bo słuchają wiatru, żeby iść pod prąd.

Głowy nie mam, za bardzo ciążyła w podróży …

Chciałabym nie chcieć zapasów na jutro, i widzieć, jak mi się nieraz zdarza, na wskroś, do środka, palcami każde zgrubienie czuć i słyszeć każdą strunę, nawet, gdy tylko ledwie drży. I nie spadać potem z wielkich schodów magicznej wieży jasnowidza, do jej stóp, by uznać, że wejście na nią było tylko złudzeniem, albo snem. A gwiazdy nie istnieją. Nie w ten sposób.

Tymczasem ciało ścieram z warstw, na powietrze wystawiam, na muzykę i drgania. Niech mnie świat poniewiera …

Reklamy

4 thoughts on “w drodze do …

Możliwość komentowania jest wyłączona.