Sacrum *

Kiedy ją wprowadzono tu pierwszy raz, była nawet zauroczona. Aranżacja oszczędna w formie, choć nie ascetyczna, pozwalająca na małą personalizację miejsca, na jakieś odciski palców na zakurzonych półkach i uschnięty kwiat w doniczce. Jakieś szuflady  na rzeczy podręczne, niezbędne i na sekrety. Olbrzymie szafy na trupy, które chciała wykorzystać do zupełnie innych celów, ale przypomniano jej o obowiązującym regulaminie. Skutecznie.

Wszystko to nie nowe, ale gotowe, przemyślane.

Jednoosobowy pokój bez drzwi, z oknami, za którymi toczyło się życie tak podobne do jej własnego, że coraz częściej zastanawiała się, czy nie jest tamtą kobietą, mężczyzną, drzewem. Dzienny rytuał obrządków powtarzający się w niezmiennych cyklach, nagrody, kary, niezrozumiałe pozy, które musiała przyjmować, podczas gdy jej cień, obrażony, odwracał się plecami, lub mocno uderzał, to w ramię, to w bok, uniemożliwiając zachowanie równowagi i wybijając z rytmu. Chodziła więc po dobrze już poznanym pokoju, z którego, z uwagi na brak drzwi nie było wyjścia, poobijana, ciasna, niemieszcząca własnego cienia. Forma.
Nocą nieruchomiała.

Nocą nie miała snów. Nasłuchiwała przy ścianach cudzych szeptów, łudząco podobnych do własnych, wyuczonych modlitw, klepanych beznamiętnie jak kotlety na obiad, które jej nigdy nie smakowały. Bo zawsze były tak samo niedoprawione. Rutyną. I gdy już całkiem zgubiła tożsamość, kiedy już nie umiała powiedzieć, czy bardziej przypomina nogę od stołu, czy łóżko, miała pierwszy sen.

Śniły jej się korytarze między pokojami. Barwne drogi pachnące burzowym powietrzem i deszcz na skórze. Uśmiechy i łzy. Widziała oszalałe kobiety rwące włosy z głowy, nagich mężczyzn i dzieci. I ten nieuchwytny zapach, nieznajomy, który drżał jej skórą i smakował tęsknotą. Wiedziała, że musi tu wrócić. Mimo wszystko. Po wszystko.

Kolejne sny prowadziły ją po kolejnych korytarzach, o dziwnych kształtach, wchodziła do lasu, pełnego drzew, gdzie spoglądając w górę widziała pięknie malowane sufity. Odwiedzała zamki, stąpając bosą stopą po trawie, rozmawiała z ludźmi, którzy byli liśćmi kwiatów.  Widziała wojny, zniszczenie, choroby i śmierć, które zmieniały krajobraz w dziwną drżącą barwę niepokoju. A wszystko to działo się ciałem bez słów.

Gdy była głodna i spragniona. Jadła pączki i herbatę, które wypełniały ją po koniuszki palców intensywnym smakiem. CZUŁA jak jej ciało rozluźnia się, wylewa z koryta rzeki, jak beztrosko dotyka nieznanego, nienazwanego, nieokreślonego, by zaraz potem od niego uciec i tęsknić. Pokochała czekanie nasycone barwami, nadzieją, którą dawał jej dotyk innych ciał. I choć wiedziała, że to wszystko było nieprawdą, że nie istniało, bo nie dało się tego ani schować pod łóżkiem, ani ukryć w szafie, ani pod poduszką, bo nie można było ani tego założyć, ani nosić ani się tym nasycić, czuła, jak się tym uzupełnia. Jak się dźwiga na skrzydłach w nieznany pęd powietrza. Jak goni za przestrzeniami między fotelem, stołem i półką i jak wiele tam znajduje. Nienazwanego. Nie widać, a jest.
Oczarowanie.

Poczuła się naga wśród ubranych. Niezawstydzona, maszerowała, bo nikt na nią nie patrzył. Tak samo. Inaczej. Była. Nieprawdziwie. Sobą. Dotykając nieokreślonego. Wierząc w niewidzialne.

* Jesienią szykujemy się na wernisaż do WIŚNICZA połączony z wieczorkiem, którego motywem przewodnim jest SACRUM. Gdyby nie ludzie, z którymi jadę, nigdy bym nawet, przez dziurkę od klucza do tematu nie zaglądnęła. Ale są ludzie, więc zaglądam i jestem zaskoczona tym, co widzę. Tak bardzo że dzielę się na bieżąco

Reklamy