sacrum i profanum (sacrum)

Fot A. Malicki

Lubię, kiedy pada i kiedy niebo wyciąga swe ręce ku ziemi. Tysiące małych nitek próbuje zatrzeć granice, zamazać, zapłakać rzekę. Wypełnić przestrzeń jakąś powierzchnią, którą da się dotknąć, po której można popłynąć, wbrew wszystkiemu w górę rzeki. I nie ma już nieosiągalnego, bo oto góra spódnicę podciąga i idzie do Mahometa. Na ziemię.

Lubię, kiedy świętość z góry patrzy, na ziemię odległą i wie, że musi zapłakać, by się do niej zbliżyć. Musi się zmaterializować, człowiecze serce w dusznym nieciele w rytm wprawić, żeby poczuć prawdziwie to, co święte za życia. Musi się schylić, by ujrzeć kształty, które łzami swoimi oplata w niedowierzaniu zamyślona nad ich nieregularną pięknością, nad ich oddechem, mimo ułomności, na życiu, wbrew chorobie.

Kiedy niedostępna wysokość musi zejść, zazdrością wiedziona, między bród, choroby i śmierć, żeby szczęścia zaznać w przemijaniu.

Lubię.

 

I wyszło słońce.
za inspirację (niezamierzoną) dziękuję Chustce
Reklamy

5 thoughts on “sacrum i profanum (sacrum)

Możliwość komentowania jest wyłączona.