nigdy na ciebie nie spojrzałam, choć to nigdy, było tylko zdjęciem wyjętym z albumu, jedynym, które zapamiętałam.
wiem, że tam byłaś. rozorane pole bitwy, jakaś wściekłość, czyjaś ( moja?), co ziemię nawet chce zabić, za to, że mogę na niej stać. że powinnam, że muszę. bałam się dotknąć okaleczonego wnętrza. a może nie chciałam mieć już z nim nic wspólnego. chyba nie było mi żal.
to była furia, szał, kotłowisko. cały brzuch do wymiany. ale nie da się wymienić pnia.
nie próbowałam nawet łapać, jeśli coś z niego uciekało. nie chciałam tego czuć, wystarczyło mi, że wiem, że to już koniec. Bałam się myśleć, że nastąpi za szybko, zbyt szybko, zbyt nieoczekiwanie, że nie zdążę się pożegnać, choć nie wiedziałam czy chcę. A wy chcieliście mnie już wypuścić z rąk.

niespokojna, zdziwiona.

wymyśliłam więc ciebie, tak ciebie tym razem, żeby było jakieś jutro, którego po raz pierwszy mogłam nie zobaczyć. miałaś być jak barierka, której się będę trzymać idąc. żeby nie upaść. miałaś mi pomóc. byłaś lekiem na dalekowzroczność, kropelką , w której widać horyzont, nawet jeśli do niego nie dotrę. moim spojrzeniem w dal. peleryną co ochroni przed strachem.

kiedy znów zasnę, oswojona już nieco bardziej, będę chciała z wami porozmawiać

Reklamy