Gra w klasy

/

Zima zawsze jest jak nitka, która nierozerwalnie łączy ze sobą wszystkie dni. Wkrada się nawet czasem do lata, bez uprzedzenia, i bez żadnego „szach”, sieje spustoszenie jednym ruchem ramienia. Kamienieje wtedy czas. Ziewają i zasypiają wskazówki. Nikt nie czeka na pocałunek księcia.
Pod ciemnym namiotem dni nie różnią się od nocy. Zszyte szczelnie ostrą igłą anielskim włosiem z diabelskiego nasienia, nie przepuszczają żadnego powietrza. Oddychasz sobą tylko. Kartami rozstawionymi na stole, które przypominają ci przeszłość, do dzisiaj, do domku z papieru, o ścianach wciąż przestawianych, jakby to mogło cokolwiek zmienić. Lekki wiatr podczas tasowania orzeźwia  cię na chwilę, by potem owe karty w nowej konfiguracji narysowały ci drogę, ku wolności, schody do światła. Jednak przed sobą masz tylko starą drogę, ale podzieloną na odcinki i ułożoną w zmienionej kolejności. Czytasz rozdziały książki według nowego klucza, wracając wciąż do tych samych miejsc, bo nie możesz się z nich uwolnić, bo są punktami, które trzeba połączyć. Wciąż odwiedzasz te same miasta, ale wchodzisz do nich od innej strony, łudząc się nowym nieodkrytym krajobrazem. Patrzysz na księżyc z innego miejsca i myślisz, że odkrywasz nowe planety. Wypielęgnowane dłonie zewnątrz, poprzecinane liniami przeżyć odciśniętych wewnątrz, skrycie lecz boleśnie. Zaciśnięte, mienią się napiętą, błyszczącą skórą, jak kamienice przy głównej ulicy miasta, które kryją w sobie gołe ściany i zniszczone tynki, widoki przeznaczone jedynie dla mieszkańców.
Myślisz, że idziesz, a kręcisz się w kółko, skaczesz w klasy, na dawno wyrysowanym modelu, od lat tym samym, zmienia się tylko kolejność klatek. Z czasem linie między nimi się zacierają, więc nieświadomie skaczesz pomiędzy, wpadasz w głęboką dziurę i myślisz, że to koniec. Że spadasz, podczas gdy cały czas jesteś na równej powierzchni. Ale tobie wydaje się, że życie atakuje cię z przodu i z tyłu i że nie możesz się od niego opędzić. Bo ciągną cię jak linę, dwie drużyny jednakowo zdeterminowane, by odnieść zwycięstwo. Tylko dlatego, że nadepnąłeś na odcisk, swój własny i sam nawoływałeś do wojny.
Morze chcesz wzburzyć, góry wypiętrzyć, by wyżej wejść, dalej odpłynąć. Ale do granicy docierasz zmęczony, wyczerpany i albo zasypiasz albo zawracasz. Do miasta.
Zima jest zawsze jak nitka, której końce wiążą się w ciasną pętelkę schematu.
Reklamy