sad

OrchardI znów pragnę do Ciebie mówić. Tymi samymi słowami, które od niepamiętnych czasów wiszą w starej szafie, jak ubrania, które czekają na stuk koła  historii i swoje drugie wejście. Jak spódniczka, do której w końcu dorasta dziewczynka i kolano spod niej wystaje już pod odpowiednim kontem, na równy ułamek sekundy. Tymi słowami, co zaschły i wymięły już litery, co blask zyskują z warstwą kurzu, tracąc kolor. Otwieram usta i dźwięk płynie sam, jakby się wiatr we mnie zebrał falą i stopy ci obmywał na plaży. Czasem palców twoich sięga, a czasem tylko macha z oddali resztką piany ze wspomnień, co je przypływ księżyca przyniósł. Zanim je znów zabierze.

Ale wcale się nie spieszę.
Słyszysz? Przecież znasz te melodie, te sekwencje nut, już je kiedyś mówiłam. To mewy, to dzieci tamtych mew, co skłócone wyrywały sobie pióra i ostatnie kęsy podgniłych traw. Dziś są osobno, pojedyncze punkty bez linii żadnej, rozdrobniony piasek przyniesiony w wiaderkach podczas upalnego lata. Ale z tej samej plaży, z tego samego gniazda.
Znów minęły się nasze pociągi, w biegu zdarzeń zastygłej przeszłości przedziału, w którym wszystko jest takie znajome ale nowe zarazem. Papieros zastygł ci w dłoniach, dym ukradkiem się wydostał, do moich włosów się skradł, oczy zawiązał, żebym nie zobaczyła, że ty, to inny ty, a w twoich oczach inna ja się odbijam. Ale ja i tak nie patrzę.
Nigdy nie chciałam się znać.
Z napęczniałych warg ściągam płaszcze dziurawe do krwi, surowymi ustami niezgrabne słowa wymieniam na dźwięk monet z obcego kraju; może kiedyś jeszcze do niego pojadę. Albo wrzucę słowa do skarbonki, by nad trumną ją rozbić i raz jeszcze przeczytać jeden rozdział albo zdanie samo tylko, bo nie wiem ile zdążę napisać.
Nie chcę nazywać powietrza, tłumaczyć ruchów rąk, które stale jeden gest robią, jeden znak, co jedno tylko ma znaczenie, klucz do szuflady. Pustej. Nie chcę dotykać jej ścian, ani ziarenek maku z piasku wybierać, by zorientować się, że nie ma ich nawet na garść, na szczyptę jedynie może.
Nie chcę raz jeszcze starych butów mierzyć, choć dobre jeszcze i nie znoszone.
I w sadzie zakopanych skarbów szukać.
Co ich nigdy nie było, tylko w gałęziach parę listków do innych podobnych, zwyczajnych.
Ale w spiżarni słoik konfitur z tamtych jabłek znaleźć i z cynamonem, w splocie warkocza, językiem rozpuść pamięć do ostatniego dźwięku pierwszego, nowego słowa, za którym nic się już nie kryje.
Advertisements

3 thoughts on “sad

  1. Wiatr postanowił przypomnieć sobie o naszym zakątku i wymieść kurz z każdego zakamarka ogrodu. Dmucha tak mocno, że postanowiłem nie wychodzić z domu, no może wieczorem postraszyć wróble. W zielonym pluszowym fotelu odkryłem otwartą książkę, jak zwykle tę samą "Picassa ciągłe poszukiwania". Czytam o poetach wśród malarzy, o malarzach wśród poetów. Wczoraj kobieta prosiła mężczyznę, by namalował słowami świat pełen starych mebli, od lat cierpiących na zanik pamięci. Ma to być przestrzeń wśród zagubionych i odnalezionych po latach karnawałowych strojów, które zwrócone z przepaści mikrokosmosu, nikomu już nie są potrzebne. Mówiła o maskach i pawich piórach, wyblakłych, bez pasji rekwizytach do gry. Chciałaby jeszcze raz zabawić się w szaleństwo. Niedomknięta okiennica uderza na wietrze niczym kamerton odmierzający rytm tego wieczoru. Wtulony w ciepło kanapy postanowiłem, że nie wyjdę dzisiaj z domu i będę studiował skrzypienie podłogi. Myślę o życiu wśród ludzi, o ludziach wśród rekwizytów.pozdrawiam ciepło i serdecznie

Możliwość komentowania jest wyłączona.