przestrzeń

Pamiętam, że pierwszy raz poczułam bliskość z Kunderą, już na pierwszych kartkach jego książki; podejrzewam, że była to Nieznośna lekkość bytu, ale pewna nie jestem. Potem ta sama rzecz odczarowała Sartra w Huis Clos ( Przy drzwiach zamkniętych)
Skąd wiem, że istnieję? Że jest świat? Czy jak zamykam oczy, to świat ginie? W ułamku sekundy spięte cząsteczki rozluźniają półdupki i mogą odetchnąć, rozproszyć się, nogi wyprostować? Infantylne pytanie, stare jak świat, wraca do mnie, gdy stoję przed lustrem i próbuje poznać każdy fragment swojego ciała. Czy ja nie oglądam się w krzywym zwierciadle przypadkiem? Czy nie umniejszam jednych rzeczy, by wyolbrzymić inne?
Z pewnością.
Gdy słucham swojego głosu, nagranego na taśmie, dziwię się jego tembrowi. To nie mogłam być ja … to nie moje dźwięki. Moje słowa ktoś zapakował w głos, w brzmienie, które odróżnia się od innych ale nie jest moje.
Gdy widzę się w lustrze, zastanawiam się, czy nie działa ten sam efekt. To, co widzę to nie ja, to środek zawinięty w jakiś papier, celofan, szmatę, które tym razem nie mają odróżnić mnie od innych, ale wtopić w tłum. Jestem cegłą w murze obronnym przed miastem opuszczonym, piachem rozsypanym po wielkich konstrukcjach. Zaschnięta, skruszała pestka. Obręcz studni, w której nie ma już wody, choćby nie wiem jak długo kopać.
Rozsypuję się, rozdrabniam, rozpryskuję. Wszędzie pełno kropel i nitek z mojej sukni, moje włosy na wierzbie płaczą z przypadkowym przechodniem. Palce w czyjeś ręce wplecione, jak rękawiczka grzeją. Ptak dziób rozwarł do krzyku, lecz ugrzęzłam mu w gardle powietrzem, strachem nadmuchanym, balonikiem niepokoju.
Pękam.
Nie ma mnie na co dzień. Jakiś kostium za sznurki pociągany, w pustym teatrze gra przedstawienie ,One Man Show, a ja jestem za kulisami, w didaskaliach podszeptywanych w głowie, w tekście pisanym, w chwili przyłożenia pióra do kartki, w pierwszej kropce, od której popłynie litera papierowym statkiem po rwącej rzece niespokojnych myśli. Jestem, gdy piszę i choć nie pisze o sobie, w berka gram z literami i w chowanego z metaforami, które jak wachlarze rozpościeram, udając damę na chwilę przed omdleniem.
Chcę się wydostać z gorsetów przyciasnych, ale wrosły mi w skórę.
Obce postaci.
Jestem umowna bardzo, od kąta padania światła zależna i kryjówki cienia.  Nie odciskam pieczęci w powietrzu, które unika zapisów, ślady stóp na wodzie giną, zanim je postawię. W zamyśle jestem, w przemijaniu, w koralikach palcami przekładanych, odliczanych kalendarzem wskazówki pospiesznej.
Jestem
Nic nie jest ważne.
Ja, to zmienna przestrzeń
Reklamy

11 thoughts on “przestrzeń

  1. W dzieciństwie zaglądałam przez dziurkę od klucza do swojego pokoju, bo podejrzewałam, że może się tam dziać coś, o czym nikt nie wie, bo nikt nie patrzy. Nie przyszlo mi do głowy, że samo podglądanie neguje wszystko. To się dzieje gdzieś indziej.

  2. Mnie się zdawało że jestem czyimś snem, myślami, albo że sama sobie się śnie ( wiem głupie:-)spędzałam długie godziny przed lustrem a mimo to ze wszystkich twarzy najmniej pamiętam własną

  3. @ schronienie nie widziałam tego, niezłe skojarzenie … czytanki anki ależ to stwierdzenie idealnie do mnie pasujez każdym umawiam się na inną siebie … lub na inny kawałek

  4. Virginio czarodziejko, dziekuję @ scenki odwieczne, oklepane wyświechtane a ile ludzi tyle odpowiedzi,lub znaków zapytania, z resztą co ja Ci tu będę:)

Możliwość komentowania jest wyłączona.