Into the wild

Widziałam ten film jakiś czas temu. Dwa lata, trzy? Wciąż jeszcze go oglądam, w swojej głowie, wybrane fragmenty. Alaska, podróż, niedźwiedź, ryż i trujące zioła. Z bohaterem przemierzam raz po raz, od nowa, od początku przewiniętą taśmę i kroki stawiam na jego drodze, tylko krajobraz wokół dekoruję po swojemu. Bo ja mam swoją wolność.
Uciekam od świata na swoją Alaskę, w swoją dzicz, gdzie żyję w zgodzie z naturą. Budzę się, zasypiam i działam po prostu, zwyczajnie. Wszystko jest oczywiste, jasne i przejrzyste. Wokół mnie roztacza się niekończący się horyzont, miliony dróg, przestrzeń możliwości i jedno światło, które mnie prowadzi, bez przeszkód do celu, do mojego miejsca.
Miłość.
Nie ma pytań, są tylko odpowiedzi, szybkie impulsywne, poprawne, jedyne możliwe. Nie ma rozstajów dróg, wątpliwości, powrotów. Jest spontaniczny marsz w rytm, w takt melodii, która we mnie gra. Nagle świat się otwiera. Na przestrzeń, na góry, na morza. Oddycham. Krzyczę szczęśliwa, że oto jestem, oto ja, na świecie. Tylko ja. Kwiaty dotykam, jakby odtąd mnie miały służyć, do ptaków się uśmiecham, jak do luster i czuję w sobie świat i siebie w świecie.
Wszystko jest łatwe, naturalne, jeśli są huśtawki to tylko po to, by wyżej mnie wznieść, by świata więcej zgarnąć wzrokiem, by się nim nasycić, odkryć po raz pierwszy i na nowo i raz jeszcze pierwszy raz. Robię, co chcę, moje ręce i nogi osobno myślą, osobno działają, ale wszyscy w jednym kierunku idziemy, jedną, tą samą rzecz mamy do zrobienia.
Kochać.
Ziarnko do ziarnka składam i kopczyk usypuję, niczym ołtarzyk, z którego z miłością i pieczołowicie wycieram kurze. Na początku. I stoję przy nim radosna i każdą cząstkę przez palce raz jeszcze przetaczam, by dotyk na dłużej zatrzymać, by w zmarszczki pod oczami go wcisnąć na stałe, pod powiekami, a w nozdrzach zapach twój, świata zatrzymać. Jak najdłużej. Rozpływam się. W twojej koszuli się topię, w trawach rosy twojego ciała zanurzam, a nade mną niebo, nad głową tuż, a chmura jak dach przed deszczem i wiatrem mnie chroni. Na ramionach jak peleryna spoczywa.
Twoje ciało.
Jestem. Ja. Świat i kierunek jeden. I przestrzeń i nogi moje, które w każdą stronę iść mogą, a bez wahania w jednym kierunku zmierzają.
Aż przyjdzie zima.
Spadnie śnieg.
Aż woda wzbierze i od świata odetnie mnie bezwzględnie. Aż ziemia skurczy się z zimna, ze skórą zespoli, aż wsiąknę. W Ciebie. Aż wrosnę niemocą, zatrzymam na wzgórzu, skąd po horyzont świat się rozpościera, ale nie mój już. Twój.
Na obrazku tylko, w dali.
Aż ryż się skończy i dziurki w pasku i spodnie przestaną się trzymać. Bo wszystko Ci oddałam za życie.
Zacisnę trujące owoce w dłoni.
Na wszelki wypadek je zatrzymam.
Reklamy

8 thoughts on “Into the wild

  1. Podoba mi się Twoje pisanie w 1. osobie liczby poj. czyli nieuciekanie do ogólników (ludzie, wszyscy, niektórzy). Tak, tak, zdaję sobie sprawę, że piszesz o sobie (?), ale to nie częste – tak wprost, zdecydowanie;)

  2. To nie do końca tak, stawiam się w 1 osobie bardziej jako aktor, który się wciela w rolę i korzysta ze swoich obserwacji, doświadczeń, przemysleń. Jasne, że jakaś część mnie tam jest, ale czasem jest mnie bardzo dużo, czasem mało czasem pół na pół.Ten tekst pisałam po części myśląc o osobie która mi poleciła ten film, po części myślałam o sobie:-)

  3. Podzielę się swoją historią, bo "dziwny jest ten świat".Wypożyczyłam kilka miesięcy temu "Kobietę zawiedzioną" Simone de Beauvoir, nie zabrałam się jeszcze za lekturę (z różnych powodów) – aż do dzisiaj. Jednak przed otworzeniem książki postanowiłam wygooglać nazwisko autorki i dowiedzieć się o niej czegoś więcej – studiuję romanistykę, artykuł na wikipedii po francusku był nieco bardziej obszerny niż ten w polskiej wersji językowej + kilka stron o osobach z nią powiązanych. I tak minęła godzina. Pomyślałam – pora na tytuł. I wygooglałam (po polsku tym razem) – większość wyświetlonych linków była odnośnikami do blogów, nie o to do końca mi chodziło, ale coś mnie tknęło.. mianowicie nazwa bloga: CzytankiAnki. Też mam na imię Ania i wszystkie twory 'FirankaAnka' nie są mi obce. Co więcej Franka to FRancuskaAnka. Blog o literaturze – coś dla mnie. Klub czytelniczy – bomba. Po przeczytaniu kilkunastu (jeśli nie kilkudziesięciu) wątków trafiłam na wypowiedź użytkownika 'Dea'. I kliknęłam. Prowadzi trzy blogi – przeczytałam i kliknęłam. Znowu. Ja – ewo-ciekawska. 'In the garden'. "Ładnie tu" – pomyślałam i znów zaczęłam czytać. I czytam i czytać przestać nie mogę: wydaję mi się, że czytam o sobie.

Możliwość komentowania jest wyłączona.