winda

Stałam w ciemności. Ciemność chroniła mnie przed światem, jak pościel oddzielała mnie od łóżka, od rzeczywistości, od czasu. Stałam nieruchoma, bezszelestnie niemal, obca, jak mebel wstawiony przez pomyłkę do nieodpowiedniego pokoju. Nie śmiałam być, choć byłam. Starałam się nie czuć, zniknąć, rozpaść się w tą ciemność, w tą pościel nocy, być jej ciałem, oddechem, myślami. Zamknęłam oczy żeby zniknąć …

Czyjeś kroki, może to ciemność idzie mnie wziąć za rękę. Jedzie winda. W górę? W dół? Bez zatrzymania po sznurach sunie wagonik. Nikt nie wie skąd się wziął, choć myślę, że jest tam od zawsze, odkąd pamiętam

Gdy byłam mała i mieszkałam w bloku naprzeciwko szkoły, szybko dostałam klucz na szyję i samodzielnie wracałam do domu. Samotne godziny zamieniałam na rozmowy w lustrze, przy drzwiach, nasłuchując, windy zatrzymującej się na naszym piętrze i kroków, zmierzających w jednym z trzech możliwych kierunków. Czekałam.

Zapatrzona w ciszę, zasłuchana w drzwi. Dotykałam swoich myśli i słów, wciąż obcych i nowych, przerażonych, oczekujących jak ja, na zgrzyt zamka, na rozwarcie wrót i zaniepokojonych, co się potem stanie. Albo sezam, albo ziemia się rozstąpi i mnie pochłonie. Patrzyłam w lustro, próbując zgadnąć, co ona myśli, czego się boi, na co czeka. Ale nie chciała mi nic powiedzieć. Zapatrzona we mnie milczała, dotrzymując mi towarzystwa. Ubierałam ją w luźne opinie, w fragmenty książek przeplecione dziecięcą wyobraźnią, moczyłam jej nogi w pragnieniach, marzeniach o kształcie kryształowego bucika kopciuszka. A ona posłusznie wyciągała ręce pozwalając się przebrać w to wszystko. Mogłam czesać jej włosy w długie warkocze, które moje oczy wyrzucały przez okno, by ktoś mógł się wspiąć i mnie uratować, przez okno, nie windą.

Każdy dzień był oczekiwaniem na punkt, odliczaniem centymetrów zegarka, kropel czasu, do dna tej beczki, z której sączyłam swoją samotność. I dno chciałam ujrzeć i bałam się tej wróżby z fusów na dnie, że nic dobrego mi nie powie, nie przyniesie i będę znów musiała ukrywać się po lasach, do następnego popołudnia, do następnego pierwszego tyknięcia zegara, do pierwszego ziarnka, które zapoczątkuje burzę piaskową.

Dni skurczyły się do punktów, wyparowała z nich cała woda, i miałkie, suche i kruche rozpadały się w dłoniach mojej wyobraźni. Stawały się okruszkami na drodze, które wyjadły ptaki, bym nigdy nie mogła się już odnaleźć

Był czas przed drzwiami i za nimi. Świat w lustrze i świat nieodbijający się, nierejestrujący się na niczyjej taśmie, potajemny, zły ukrywany, odklepany jak modlitwy na pokutę; szybko, bezładnie, gładko, bez treści. I drzwi. Jak drzewo, jak brama, za którą się ginie.

I dogłos windy. I kroki. Piętro wyżej, Piętro niżej, drzwi obok.

Do dziś je słyszę.

Gdy otwieram oczy, ciemność nie różni się niczym od powiek, jak kotary zasuniętych. Na zewnątrz jakieś światło porusza liśćmi, drogą, ścianami. Roztańczona noc baluje do rana, zagłuszając odgłos obcasów, zgrzyt zamka, otwieranie drzwi…

Zostałam sama w lesie…

Reklamy

5 thoughts on “winda

  1. scenki, tak dokładnie, jest czynnościąmarciocha ja wciąż znajduję ciszę, choć fakt nie jest tak łatwo jak kiedyśwybaczcie mi, wczoraj jeszcze mi coś przyszlo do głowy i uzupełniłam, nie wykluczam kolejnych dopisków:-) czasem muszę rzucić kamień a potem każdy krąg zmienia troche perspektywę, dodaje kolejny świat, kolejną przestrzeń

  2. To niesamowite, w jaki sposób jesteśmy kształtowani i jak WSZYSTKO, najmiejszy element ma wpływ na to, kim się stajemy, staliśmy, staniemy. mówię to, bo nigdy nie mieszkałam w domu z windą i nie wiedziałabym tego, co Ty wiesz. Dzieki tej windzie własnie. I nie tylko, rzecz jasna. Pozdrawiam.

Możliwość komentowania jest wyłączona.