Kalendarz

Otwieram ten sam kalendarz od wielu lat. Daty co rok te same, dni wymieniają się w stałym tygodniowym cyklu, tylko na kartkach co rok palców więcej i zmarszczek, skóra słońcem spalona, staje się cieńsza i delikatniejsza, bardziej krucha. Do wnętrza teraz dostać się łatwiej, w szczeliny palec włożyć, powiercić, pogrzebać, naciągnąć, rozerwać. Głębiej, dalej, na lewą stronę wywrócić i kurz zdmuchnąć.

Kartkę przewracam, menu dnia czytam, repertuar sprawdzam. Kogo ja dziś gram? Skąd inspirację biorę, jak lata poprzednie do roli wpleść, żeby wypaść wiarygodnie? Żeby ewolucję bohatera pokazać, żeby kłębek nici toczył się dalej, a nie, od nowa inna nitka ścieżkę zakłóca …

Dni plotę, oczko z przodu oczko z tyłu, nitka między wprawnymi palcami ochoczo biegnie. Wzrok na pamięć obrazy przewraca, kolejny raz te same klisze. Muzeum wyobraźni swe podwoje otwiera dla zamkniętych powiek komnaty gotowe do zwiedzania. Garściami brać można, wzrok tuczyć bez opamiętania, na kartce kalendarza i tak pozostanie jedynie ślad palca dniem umęczony, w jego kolorze, a echo odbije na zagiętym rogu. I zaśnie.

Otwieram kalendarz, karuzelę, życia, skoroszyt z przeważnie pustymi kartkami i linię życia palcami odbijam, drogę swoją znaczę, szlaczkiem nierównym.

Kogo to ja dziś gram?

Którą siebie recytuje bez tchu, lecz nie bezmyślnie, nad którym akapitem się zamyślam, zmiany nanosząc, o swoje się kłócąc do upadłego? Wyświechtany egzemplarz starego kalendarza, z którego wystają harmonijki didaskaliów, jak ściągi do egzaminów. A ja nerwowo szukam odpowiedzi na kolejne to samo pytanie, ale postawione z innej strony, z innego kąta, inny cień pada i stara odpowiedź już nie pasuje, nie mieści się w cieniu konturach. Wylewam się z tych kartek, wypadam z toru dni monotonnie przewracanych, potykam się, tłukę o ziemię i ginę. Albo mnie cudzy wiatr porywa, albo but czyjś depcze. Jak dmuchawiec, po świecie się panoszę, włócząc na lekko. Bez bagażu autostopem zdarzeń, do nikąd.

Kartki pojedyncze, mimo numerów, nie znajdują swojej kolejności i kłócą się za sobą zaciekle o miejsce. Te, które giną bezpowrotnie, z pamięci uwolnione, do nieba fruną szczęśliwe. A te sieroty, co zostały, co w błoto wpadły albo w czyjeś ręce, w gumką dadzą się spiąć w bukiet przypadkowych kwiatów.

Znów wszystko ma swoją kolejność, bez matematycznej logiki, ale zgodnie z filozofią przypadku, nowa powieść się pisze, według klucza, który w szufladzie zamknięty, jest jeszcze poza moim zasięgiem. Ale już niedługo pójdę do …

Reklamy

6 thoughts on “Kalendarz

  1. jak to wszystko p[oukłądać w jakimś ontologicznym porządkunasze życie to parę kalendarzy z zakreslonymi w kółeczko datami o których czasem nie chcemy już pamiętać

Możliwość komentowania jest wyłączona.