Żołte kwiaty w wazonie



http://www.kosc-photography.com/

A zdania moje, te przeładowane wagoniki wyrazów, liter upchanych jak bydło, nabierają dzikiego rozpędu. Dotąd miarowym stukotem odliczane, jak takt nudnej piosenki, są teraz jak porysowana płyta; igła, która co dwa tory skacze, do przodu do tyłu, dla zmyłki, kalambur tworzy ze zwrotek piosenki. Ślizga się po wyżłobionych dołkach, właściwej nitki szukając, tej, z której odzienie ochronne da się stworzyć. Ale jej nic nie wychodzi, ścieg się myli, oczka prawe, oczka lewe, pruje, za luźno, za ciasno, popsuł się wzorek.


Więc jeszcze raz, od początku.  Przeciążony pociąg po raz kolejny, na stację wraca, wyładunek, załadunek, znów czyjaś noga zbyt dużo znaczeń dopycha, jakby na zapas, na wszelki wypadek, łańcuchy literek w zwiewnych pelerynach, bo skoro jadą i dźwigać ich nie trzeba, weźmy więcej, może się przydadzą. Lokomotywa szarpie tą książkę na kawałki rozsypaną, w którą zaplątały się jakieś obce strony, z nadzieją, że coś się wysypie, ułoży, wyrówna, kiedy tak trochę wnętrznością potrzęsie, może szczęśliwym trafem wszystkie elementy wrócą na swoje miejsce. Zdania do kropek i myśli w kursywie.


Ale słowa się plączą, zdania swój sens gubią, w pary się kojarzą ze znaczeniami na prędce złapanymi, wiążą się, jak kawałki sznura, po którym ma uciec piękna królewna. I nic się nie układa. Sznur za krótki.


Końcówki wyrazów porozrywanych, lepią się ze sobą w figury dotąd nieznane. Zmutowane myśli nabierają mocy ze swych najsłabszych ogniw, z przypadkowych przebłysków jednej litery, która niepostrzeżenie wydała z siebie jęk. A z tego szeptu, lawina zaczyna się toczyć złowrogą ciszą, krokami na palcach, przemyka chwilowy, samozwańczy dyktator, co nowy porządek wprowadza.

Pędzi wagonik. Tor stary, pordzewiały ledwo koło w ryzach trzyma, a koń nagle ma osiem nóg a na dwunastu biegnie. Wiatr mu sprzyja plącząc włosy myśli, i jak dywan na świecie je rozpościera, by nagle stały się całą przestrzenią, chmurami, polem, lasem. Wszędzie włosy długie, splątane, pokręcone, moje a jakby nie moje. Jak gałęzie, ręce oplatają, krok wiążą, żmijami do ust się wpychają, zakamarkami zamkniętych oczu wyłażą. Przez otwarte okna wagonów, stukot końskich kopyt się wdziera i w mojej głowie pędzi już dzikie stado gonione przez wściekłego psa. Prędkość kół jest jedną linią dźwięku, na której wieszam równiutko całą swoją bieliznę. Zewnętrzna intymność. Klamerkami przypinam posłusznie, równomiernie, warstwa na warstwie, majtki na majtki, na skarpetki i na pończochy. Rośnie góra, na napiętym sznurze. Coraz szybciej moje pranie wykładam, krople deszczu w świat wyrzucając ulewą z piorunami; ręce wirują na najwyższych obrotach, a dźwięk pędzącego pociągu, staje się rakietą, która w drodze rozpada się na kawałki.
http://www.kosc-photography.com/



Ale ja nie wybucham.

Do siebie części moje już nie należą, w dziwnych konfiguracjach koegzystują, poskładane w inną postać. Mam świadomość każdego fragmentu, prędkości, stukotu każdego kopyta, każdej nuty dźwięku. Wyraźnie widzę ostry kontur wszystkich elementów. Razem, pojedynczo, grupuję je w nowe zbiory, przestawiam, jak kwiaty w wazonie układam, by żadna trawka nie wychyliła się dalej, niż to konieczne. Każdy włos mój wyczesany, oko umyte, krok obliczony. Wszystko widzę dokładnie. Klatka po klatce. Reżyser, montażysta i aktor. I wszystko w jednym zeszycie, w jednym pudełku się mieści.

Chłód regularnego oddechu, świadomość mi wietrzy i rozpędzone myśli hamuje. Wiem, co się stało, powiadomiono mnie telefonicznie o nagłej awarii i z walizeczką podręcznych narzędzi przybiegłam naprawiać poszarpane struny. Z uśmiechem na ustach, z profesjonalizmem doświadczonego fachowca, zabieram się do roboty, w przerwach, na zmianę paląc papierosa lub przegryzając kanapkę z tłustą wędliną i grubym plasterkiem sera.

Żółte kwiaty w wazonie.

Zamyślam się na chwilę, twarz do słońca wystawiam, korzystając z pięknej pogody i pracy na wolnym powietrzu.
Cichy szept miesza się z wiatrem i nie przykuwa mojej uwagi.

Ktoś ładuje pociąg.

Konie w stajni rżą. Kopyta rozpychają moją głowę. Ściany kurczą się jak sweter po praniu, nie ma czym oddychać, stado chce wybiec i nie może.

Nie wiem, co dźwiękiem jest, co kopytem.

Milion dziur.

Stukot kół.

Pola, włosy, poza kadrem już scena, krwawa jatka, rzeź wściekłego bydła. Jestem areną, dekoracją, didaskaliami w nawiasie i widzem jednocześnie. Uczestniczę i patrzę. Czuję i wiem. W tym samym momencie. Na pół się rozpadam. Pusty dźwięk.

I żółte kwiaty w wazonie.
Reklamy

2 thoughts on “Żołte kwiaty w wazonie

Możliwość komentowania jest wyłączona.