lewa strona

Każdy ma swoją lewą stronę. Do wewnątrz wywróconą, do skóry przylegającą, ze skórą związaną drobnymi włóknami.

Bywam na lewą stronę wywrócona. Z nitkami nadprutymi z nieudolnymi szwami, z supełkami, których na co dzień nie widać, tak skrzętnie są schowane. Z uśmiechem w odwrotną stronę, z oczami do środka zwróconymi, utopionymi w studni myśli, w mechanizmach wnętrzności, w tej fabryce, hali, w której przetwarzam życie na papier, na litery, na oddechy, na kroki w miejscu. Na zdania nie złożone i złożone tak wielokrotnie, jak mistrzowskie orgiami, z którego wyszło coś, co niczego nie przypomina. Ale jest.

Wszystko sobą mam ograniczone, bo przestrzeń, którą oddycha zazwyczaj moje ciało, ten niekończący się film z krajobrazów, został upakowany do środka, jak do walizki, pośpiesznie, zanim drzwi trzasną z hukiem, na zawsze. To zmięte życie mam więc przestrzenią ciasnych ścian ograniczone, nieposegregowane. Brudna bielizna, czyste koszulki, wszystko sobą zawstydzone, sobie obce, w ciasnocie chce się wyodrębnić, wyróżnić, o kawałek podłogi walcząc z niespotykaną zaciekłością. Świat dotąd wolny, kotłuje się we mnie. Na obcym terytorium, bez powietrza, zacietrzewiony dobija się do drzwi. Przez usta krzyczy, przez oczy, błaga, żąda wypuszczenia.

Na zewnątrz obnażona krew spływa po ściankach, pośpieszniej niż zwykle. Tlen przemyka zakamarkami, cudzymi spojrzeniami zażenowany, ogromem świata przygnieciony, przyduszony światłem, wolnością, nadzieją na inne życie, które zaczyna w nim wzbierać, choć nigdy nie wybuchnie. Puls po cichutku szepcze, dłonią wyciszony. Nie szuka widowni. Organizm kuli się nagle zawstydzony dawnymi, pospiesznymi naprawami, tynkiem odpadłym i rdzą, niedoróbkami. Łatami z materiałów zamiennych, szwami w innych kolorach, zmechaconymi starymi połaciami zużytych dawno materiałów.

Nie ma dokąd pójść. Ani gdzie się schować. Do lepkiego ciała brud świata mocniej przywiera, kłujące opiłki słów jak do magnesu ochoczo lecą.

Mała chwila i …

… moja lewa strona jest ranna. Jeszcze siłą rozpędu oddycha, jeszcze testament cichutko dyktuje, raz po raz strzepując z siebie obumarłe, zaschnięte komórki. O wodę jeszcze proszą popękane usta, resztkami słów zbrudzonych już, poranionych, kalekich, obolałych. Jest jeszcze nadzieja.

Podejdź.

Twarz mi obmyj szczerością z głębokiego źródła wydobytą. W ramionach mnie schowaj, środek do środka złóż. Sens słowa jak nitkę przez ucho od igły przewlecz, jak koszulkę odwróć mnie na drugą, właściwą stronę.

A potem załóż.

Do ciała wczep.

Teraz możesz odejść.

Reklamy

6 thoughts on “lewa strona

Możliwość komentowania jest wyłączona.