okna

Zmęczone okna leniwie otwierają pomarszczone powieki. Skruszony tusz do rzęs na roletach nie chroni już przed słońcem. Parapet wyślizgany od wymiany krajobrazów.
Posypał się puder z twarzy odsłaniając bezlitośnie nagość czasu, siłę wiatru, niepewność spojrzenia. Nieśmiałość spod rzęs przytrzasnął przypadkowy przechodzień,  spluwając zdaniem zalegającym mu między zębami w pierwszy lepszy kąt.
Lepka łza z cudzej śliny, jak gruba folia przesłania świat, zamyka go w swych galaretowatych ramionach, zachowując pozory dobrej widoczności odległych horyzontów.

Zmurszały sznur, co sięga drugiego brzegu, dźwiga marzenia jak pranie, przypięte kolorowymi klamerkami. Z wiatrem się układa do tańca, biodrami lekko kołysze przyszłość uwodząc bezzębnym już i zwiotczałym uśmiechem. Chciałby drganiem ciał melodię wzruszyć, zainteresować świat szafą kostiumów z zapomnianych przedstawień o banalnym przesłaniu. Czasem jakaś kropla ukradkiem spadnie na rozgrzany bruk, nie budząc niczyich pragnień ani marzeń, w głąb ziemi zejdzie, zawstydzona.

Okna, głodne paszcze, niedomknięte pudła, z których zdążyło wysypać się wszystko, cały zapas słów pieczołowicie prasowanych na pożegnania bez powrotów. Puste worki, z których nawet powietrze uciekło gdzieś w nieznane, cichaczem, bezksiężycową nocą, bez bagażu, w ruch przestrzeni wplątane, dało się uwieść cichym szmerom z kierunków, których nawet sny nie znają.
Zostawiło tylko kształt, jak płaszcz, który ciąży w drodze i zbyt szeleści, by móc poruszać się niepostrzeżenie. Ramy w powietrzu zawieszone omdlewającymi rękoma trzymają fason, czekają na opustoszałym dworcu, na marnotrawnego właściciela, który jak dotąd nie wrócił.

Słoneczne uśmiechy, wyćwiczone do perfekcji. Złote ramy uwięzione w kolorach zdobieniach, kształtach. Bogate księżniczki przystrojone w tiule, których połysk wydobywa zachwyt z każdych ust. Ich długie, tęskne warkocze każdego dnia tak samo są gotowe, by wsiąść na konia i odjechać, nawet w pospolitość rzędów, w jednakowość i bezbarwność tłumu zlewającego się w jedno spojrzenie. Bez zainteresowania.

Uliczne prostytutki wyczekujące przyszłości jak złotej monety, która wsadzona do kieszeni będzie mnożyć się bez końca, wzbogacając życie o kolejne spojrzenia, kolejne klatki z filmu wszech czasów. Jak znudzone koty, rozciągają się na długość dnia wyczekująco, choć niespiesznie, przekonane o własnej wartości, która choć przebrzmiała i przerzedzona, świeci jeszcze pojedynczymi włosami z pięknej niegdyś sierści

Okna swej samotności świadome, bezruchu, bezszelestu okiennic, zrezygnowane, w głąb siebie wpatrzone, czas odmierzają jak paciorki różańca beznamiętnie klepane z przyzwyczajenia. Na starym stołku zasiedziałe, oklapłe, karmią czas zszarzałymi firankami, nie dbając o pomarszczone ciało narażone na spojrzenia pełne pogardy.

Okna, do których wzrok swój wrzucam, jak kamień w studnię, mierząc odległość, czasem spadania, do plusku, do ukłucia, do kolejnego schodka do siebie. Ręce o parapet zawieszam, w pełni sił jeszcze, zdeterminowana, by kwiaty z parapetu powąchać, dotknąć lub ukraść nawet, do swojego ogrodu wsadzić, wkomponować w myśli niedojrzałe, między rozwijające liście wpleść i patrzeć jak rosną. Jak przyjaźń kwitnie z obcym oddechem, jak cegły przemieszane, z domów różnych naznoszone, pasują do siebie idealnie, jak kolorem się wymieniają, częstują.
Ta różnorodność ciepłym laskiem ogrzewa mi dłonie w kolejnym oknie, którego jeszcze nie widać.

Reklamy

4 thoughts on “okna

  1. Czy to tekst inspirowany ostatnią wycieczką?;) Z chęcią bym pospacerowała po tych uliczkach i pooglądała kamienice. Że o kawie nie wspomnę;)W dzieciństwie czasem słyszałam, żeby ludziom w okna nie zaglądać;)

Możliwość komentowania jest wyłączona.