granice

Idę po czerwonym dywanie. Miękko stopy stawiam. Małe kroczki suną po powierzchni, gdy czas tylko delikatnie podeszwy muska. Humorzasta przestrzeń twarz mi obmywa, jakieś łzy zasiedziałe z zakamarków wymiata. Zimny prysznic, skafander i lecę w inną przestrzeń. Czysta.

Stukot kół pociągu tłumiony welurową powierzchnią drogi. Czas spadania Alicji smakuje jak lody śmietankowe w dzieciństwie. Ciekną mi już po rękach, ale staram się je utrzymać jak najdłużej, w wafelku, pod językiem. Zanurzam się w czasie, który teraz dla mnie tańczy. Czekam i patrzę.

Jestem znów niedokreślona. Już nie próbuję z kawałków się poskładać, ran pozalepiać, dziur zamaskować, zapłakać puste przestrzenie aż do wygładzenia powierzchni, do wyślizgania tafli wody, z której lód mam najpiękniejszy, bo długo mrożony, niespiesznie. Jestem rozproszona w chaosie myśli, skaczę po nich jak z kwiatka na kwiatek i żadna nie ma w sobie dość mocy, by mnie zatrzymać na dłużej. Dziś wybieram życie bez myśli.

Empty Inside
fot by mdavidford

Jakieś głosy stanowcze wokoło, stawiają płot z solidnych desek z kutymi elementami. Okopują się dosadnym tonem a są jak bańka mydlana w ciemnej skrzyni zamknięta. Im płot większy i mniej ociosany, tym głębsza pustka w środku. Miliony zdań jak kule armatnie w niebo strzelane, na wszelki wypadek, gdyby … wyczyszczone, błyszczące ślepaki rzucone daleko w nieokreśloność nie chcą spaść. A miały kogoś trafić, jakiegoś przechodnia przypadkiem. Na czerwony dywan zwrócić jego wzrok.

A mój wzrok rozbiegany, a czerwień jest zbyt cienka nitką by mogła mnie przy sobie utrzymać.

Zadziwiające są granice ludzkie. Wynegocjowane na wojnie słów, decybelami głosu, wyklaskane przez klakierów, w plecach wyklepane. Głęboko w ziemi osadzone, nie do ruszenia, niezachwiane, żaden wiatr im niestraszny. Okraszone grubym, czarnym flamastrem, co przez wiele kartek przebija. Na kilka pokoleń starczy.

Ogromne zwaliste drzewa, od środka już wyżarte, są tylko echem rozpaczy.

Albo składem makulatury, surowców wtórnych, poskładanych według linii zgięcia. Bez żadnej fantazji. Bez przeplatanek, ani orgiami.

Na dywanie kurzem się rozpościeram, pod suknie ludziom zaglądam, sensacji głodna i odkryć na miarę Kolumba. Między sztachetkami płotu wykałaczki chcę wsadzić, choć nawet one przecisnąć się nie mogą.

Boję się pięścią uderzyć, by przez papier pozorną siłą się nie wedrzeć do światów cudzych w piękne elewacje ubranych. Nie chcę się bić o beztlenową przestrzeń.

Nie wiedziałam, że pustka może być tak cenna.

Reklamy