Babia Góra



Zdjęcia – www.strykowski.net

Początkowo Babia Góra nie była naszym celem. Myślę, że nie stała się nim nawet później, kiedy wielokrotnie, razem lub oddzielnie, próbowałyśmy na nią wejść. To był chyba jakiś punkt poza naszą przestrzenią, który chciałyśmy mieć, jak kolejny koralik na sznurze, z innej galaktyki trochę, z innego kamienia. Jak obrazek z cudzego miejsca, dla kontrastu z nasza przestrzenią. Takie zerknięcie przez kotarę do świata obok. Trochę z przekory, trochę dla zabawy.

Nigdy nie chodziłam po szczyty. Nie mam natury zdobywcy. Nie jestem grzybiarzem, który ze spaceru wraca z naręczem owoców lasu. Nie wiem, po co jeździłam w góry, ale zawsze mnie tam ciągnęło. Potrafiłam pojechać na Centralny z plecakiem, sprawdzić pociągi, polecieć na dół, do Matrasu po mapę, by za chwilę, w drodze już, kombinować, dokąd najlepiej będzie mi iść ze stacji końcowej i którym szlakiem. A może bardziej opłaca się wysiąść gdzieś w nieplanowanym miejscu?

Babia Góra pierwszy raz zadarła przed nami lekko spódnicę, uchylając tym samym rąbek jakiejś tajemnicy, gdy wybrałyśmy się w Beskid Śląski i Żywiecki. Wiedziałyśmy jedynie, że jedziemy do Soli a stamtąd wchodzimy na Przegibek (urocza nazwa!). Droga jak zwykle nas zaskoczyła, rozliczne nieplanowane remonty ( nie było wówczas jeszcze Internetu), spowodowały znienawidzone przeze mnie przesiadki i objazdy. Wysiadłyśmy wymięte, na górę wlazłam resztką sił, mimo, że nie droga nie była wymagająca. Tam rozłożyłyśmy mapę, na jakiejś korytarzowej podłodze, która na jedną noc stała się naszą sypialnią i debatowałyśmy, co dalej.

Nasza mapa kończyła się na Pilsku, skąd delikatna strzałeczka nieśmiało pokazywała kierunek na Babią. Niemal jednocześnie podjęłyśmy decyzję. Tam idziemy. Bo „tam” było już poza mapą, poza planami, poza wzrokiem. Bo o „tam” jeszcze nie zdążyłyśmy pomarzyć. Bo „tam” było w miejscu, do którego nie docierały nasze myśli zuchwałe, w jakimś cieniu poza słońcem schowane, bez drogi, tajemnicze. Bo nie wierzylyśmy, że pójdziemy.

Poszłyśmy.

Do Pilska nawet nam się specjalnie nie spieszyło. Decyzja, którą podjęłyśmy tak spontanicznie i jednogłośnie, już w nas osiadła oswojona i zaczęłyśmy ją nawet lekko ignorować. W Szczytkówce (spalonej kilka lat później) zabawiłyśmy nawet trochę dłużej, bo miło było. Tam, moja towarzyszka podróży zaczęła się zastanawiać, czy nie zmienić jednak kierunku naszej wędrówki, ale mnie Babia Góra już ciągnęła za rękaw. W nocy, kiedy małe kamienie wydają się przygniatającymi głazami, góra pokazywała na mnie palcem, jakby chciała powiedzieć: „głupia, tobie nigdy się nie uda, ale nie masz odwrotu i musisz iść”. Tak, musiałam iść.

Wybrałyśmy Babią po raz drugi podczas tego wypadu. Na Hali Miziowej spotkałyśmy dziewczynę, która wracała z Markowych Szczawin i doradzała nam, który szlak lepiej wybrać, który jest wygodniejszy, szybszy lub bardziej komfortowy. W przeciwieństwie do nas, miała mapę. Późnym wieczorem uczyłyśmy się jej na pamięć. Dokładnie.

O świcie wstałyśmy i zeszłyśmy w dół do Korbielowa. Tam przyszło pierwsze rozczarowanie, bo droga, mimo, że w dół, zajęła nam więcej czasu, niż to było w planie. Potem było tylko gorzej. Początkowo siąpiący deszcz, rozpadał się już na dobre. Szłyśmy mozolnie dalej, ale już po kilkudziesięciu minutach, każda z nas szła sama. Koleżanka nie mogła znieść mojego tempa i poszła przodem. Kiedy zniknęła mi z oczu, poczułam jakby zerwała się jakaś niewidzialna, łącząca nas lina, jakby cel, do którego dążę schował się za mgłą i nagle przestałam mieć pewność, czy istnieje. Zwolniłam. Nie obleciał mnie żaden strach, ale beznadzieja tej drogi, o której wiedziałam, że będzie się ciągnąć do wieczora (a jeszcze nie było południa), tego deszczu, który mi się już znudził, bo byłam tak mokra, że przestał mi już przeszkadzać. Góra ze mnie szydziła a ja nie mogłam już zawrócić. Wszystkie drogowskazy z oznaczeniami czasowymi kłamały. Czas puchł od deszczu. Z godziny do „między-celu” robiło się półtorej, tak bardzo nasiąkała wodą. Skraplałam z deszczem swoje łzy, tego marnego losu, który zaniosłam na obcą drogę, który wsadziłam do przypadkowego samochodu na szosie, zatrzymując go jednym ruchem ręki, takim od niechcenia, bez wiary. Liczyłam kroki, śpiewałam piosenki, recytowałam wierszyki, a czas stał w miejscu. Nagle kula ziemska stała się bieżnią, po której szłam, wkładając w każdy krok mnóstwo wysiłku, ale krajobraz pozostawał ten sam, bo droga przesuwała się pod stopami nie zmieniając mojego położenia. Nie wiedziałam już, czy płaczę, czy się pocę, czy pada, kiedy weszłam na ostatni, płaski odcinek. Byłam tak zmęczona, że szukałam pieńka, na którym mogłabym usiąść i poczekać do końca świata. Bo wydawało mi się, że teraz koniec świata przyjdzie do mnie i że jestem tuż u bram, w ostatnim pokoju. Ale pieńka nie było, więc szłam rozglądając sie na boki z nadzieją.

Marzyłam o równinach, asfalcie i mieście. O wystawnych kolacjach, które widziałam tylko na filmach i pięknych strojach, które wisiały w szafach koleżanek. Myślałam o tym, jaka będę piękna już za dwa dni, za trzy, jak wrócę. Na ziemię. Pierwszy raz tak bardzo osadziłam się w przyszłości. Ale czas od tego wcale nie przyspieszył.

rain_3008
Photo by mondays child

Kiedy szłam już sporo dłużej niż wskazywał ostatni drogowskaz czasowy, po mojej lewej stronie, z mgły wyłoniła się ogromna drewniana chata. Nie poczułam, że jestem w domu. Najpierw myślałam, że mi się śni, potem zrobiło się bardzo cicho i zaczęło do mnie docierać, że coś jest nie tak. Mgła lekko opadła, ale chata stała, choć nadal w takiej samej ciszy. Zeszłam z drogi, by sprawdzić, żeby nazwać przeczucie. Była zamknięta. Wtedy zwątpiłam już w siebie, w miejsce, w którym się znalazłam, w cel, którego być może nie ma i bardzo chciałam obudzić się już ze snu. Nie kontrolowałam emocji i łez. Myślę, że rozlały się gdzieś po mnie i kapały zdziwione, że nie próbuję ich ani zatrzymać, ani ujarzmić.Wolność je wyciszyła. Było mi wszystko jedno. Zrzuciłam plecak, usiadłam i czekałam, aż się rozpuszczę.

Przestało padać, mgła opadła. Za głuchą chatą (należącą do GOPRu) wyłoniła się ściana schroniska. Poszłam w tamtą stronę obojętnie.

Co jakiś czas, wracam na tą drogę. Przebiega zawsze tak samo a mimo to, za każdym razem jest mi na niej jednakowo ciężko. Zawsze tak samo się boję, że nie zobaczę schroniska… dziś znów jest we mgle.

Reklamy